Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas
Widok z dachu wieżowca w stolicy Filipin. (Fot. FB/ Tomasz Dworczyk)
Tradycją, w moim przypadku, stało się wybieranie następnego kraju losowo, czyli "nabywanie drogą kupna" najtańszego biletu lotniczego do... "Dokądkolwiek". Tym razem "los" rzucił mnie z Australii na Filipiny. No bo niech nawet będą Filipiny za taką kasę: jedyne 300 zł wraz bagażem dodatkowym, w którym byle zmieściła się deskorolka.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz TUTAJ, jak to się zaczęło... Tym razem dowiemy się, jakie przygody czekały na Tomasza, gdy skończyła się jego australijska przygoda...

Powodów, dlaczego właśnie tam można było polecieć „za grosze”, było kilka. Nadciagał tajfun YuTu – bardzo prawdopodobne, że najpotężniejszy z potężnych w 2018 roku. Zaledwie dzień wcześniej, niemalże zmiótł dwie wysepki na Pacyfiku, by w dniu kiedy ważyły się decyzje co do kierunku mojej kolejnej wyprawy, znalazł się u wybrzeży Filipin.

Na pewno nie bez wpływu była erupcja wulkanu Mount Mayon. A pewnie też panującą na południu kraju wojna z ISIS. I fakt, że regularnie porywani są tam turyści dla okupu. I jakby powodów, żeby odstraszyć każdego śmiałka dosyć nie było, to właśnie rozbił się samolot azjatyckiej linii lotniczej. Śmierć 182 osób, „skutecznie” wpłynęła na drastyczny spadek ceny biletów.

Paradoksalnie, przynajmniej według mnie, miało to dobrą stronę, czyli wpynęło na wzrost bezpieczeństwa kolejnych lotów. Główkowałem sobie mianowicie, że jeśli rozbija się jakiś tam samolot, to w konsekwencji surowemu przeglądowi poddawane są wszystkie inne maszyny danej linii lotniczej. I tak to sobie wykombinowałem. Okazało się, że wcale niegłupio, bo przecież „mój” samolot się nie rozbił.

Tajfun niemal zmiótł wysepki, teraz zbliżał się do wybrzeży Filipin. (Fot. FB/ Tomasz Dworczyk)

Ale po kolei. Czekało mnie jednak pożegnanie z Australią, które jak to w moim przypadku bywa, obfitować mogło w wiele nieprzewidzianych sytuacji. A poniewać ostatnie dni spędziem u sąsiadów, jakieś 50 kilometrów za Melbourne, nauczony doświadczeniem poprzednich podróży, postanowiłem stawić się na lotnisku dzień przed odlotem. Serio!
Gdybym przegapił, w drodze wypadku losowego, termin wylotu z Australii, wiązałoby się to z ogromnymi konsekwencjami. Zaledwie dzień nielegalnego pobytu, oznaczałby deportację do Polski na mój koszt. Wiedziałem więc, że zdąrzyć MUSZĘ!
Więc (nie zaczyna się od „więc”) na trasie pierwszych kilku kilometrów na stację ichniego "PKP", podrzucili nas sąsiedzi. Ledwie ich pożegnaliśmy, gdy okazało się, że Paulina zapomniała butów! O, zgrozo! Dwa razy zawracała do domu sprawdzić, czy wszystko zabrała... No i zabrała wszystko, jednak do samochodu wsiadła boso. Ale to i tak lepiej, niż wyruszyć bez paszportu. No nie?

Dobrze, że w Azji te buty i tak wyrzuclibyśmy do kosza, bo przecież nikt nie będzie łaził w trepach przy 35. stopniowych upałach. I tak jakoś się udało, że skarpetki które jej dałem, wyglądały jak baletki.

Potem było tylko ciekawiej. Pociąg wydawał się dobrym rozwiązaniem na pokonanie kolejnego odcinka podróży. Jednak tylko do momentu zapoznania się bliższego z cenami biletów: 25$ od osoby za dojazd do centrum, a tam kolejne 25$ od osoby za dojazd na lotnisko. Nasz budżet na pewno tego by nie zniósł. Odpada, znaczy się, jedziemy stopem. Mamy przecież czas. Tak więc „boso, ale w ostrogach” brnęliśmy wzdłuż poboczy, a skądinąd przemili Australijczycy, zamiast „wziąć nas na pakę”, kierowali nas na stację publicznego transportu, czyli ichnich autobusów MPK.

Do głowy przyszło mi nawet bezsensowne porównanie, że to taka jazda z Nowosolnej do Łodzi.  Bo czas podróży wynosił niemal cztery godziny! Rzecz w tym, że pociągiem to było ze 40 minut, potem transfer busem kolejnych minut 30, a za wszystko trza wybulić w sumie 50 dolców od osoby...
I tak to już jest podczas podróży, że za wszystko trzeba zapłacić gotówką lub czasem.
Ponieśliśmy więc ofiarę: trip na lotnisko kosztował 2 dolary i... 4 godziny tłuczenia się od przystanku do przystanku. Sprawdziło się co do joty powiedzenie: CZAS TO PIENIĄDZ (w końcu za siedzenie na dupie przez te 3 godziny zaoszędziłem 48 monet).

I tak osiemnaście (sić!) godzin przed odlotem dotarliśmy na lotnisko. Na szczęście dostępny był prąd, a co za tym idzie internet i mnóstwo czasu, żeby np. zmnontować filmik z Great Ocean Road. W pewnej jednak chwili, w poczekalni przestały działać gniazdka. Laska z Nowej Zelandii wyjęła rozgałęźnik na 8 wejść i sprytnie wpięła go do odłączonego automatu z napojami. Wow, jakbym widział siebie! Żeby tak umilić oczekiwanie na samolot, można montować filmy, ale można też rozstawić wielką konsolę, adapter, mixer czy co tam jeszcze miała i zagrać jak w klubie! I tak na lotnisku zrobiło się przyjemniej. Nowozelandka mixowała kawałki w oczekiwaniu na lot do Bangkoku. Kiedy jej brakło, nam pozostało do odsiedzenia jeszcze 12 godzin, które postanowiliśmy przespać.

A! Poznaliśmy wiele osób narzekających, że niepotrzebnie przyjechali tak wcześnie w oczekiwaniu na wylot. O!

Pół roku temu, gdzy przylaciałem do Australii, upatrzyłem sobie miejsce, gdzie nikt nie będzie przeszkadzał - schody przeciwopożarowe na parkingu. Osłonięte od wiatru, nikt się nie pęta, a do wejścia na terminal jakieś 300 metrów. Problem w tym, że miejsce okazało się wręcz zbyt idealne...Spałem tak dobrze, że przespałem wszystkie alarmy i wstałem 40 minut przed zamknięciem bramek! A tu jeszcze trzeba nadać bagaż z deskorolką i dokonać odprawy! Biegiem! Lecę obwieszony torbami we wszystkich kierunkach! Gdzie to było?
W końcu nadałem bagaż, bo przecie bez deskorolki nie polecę! Gnam między ludźmi i słyszę jak z głośników, raz po raz, pada moje nazwisko.  Gnam, a w głowie mi dźwięczy, że TYLKO ja, mogłem przyjechać na lotnisko 18 godzin wcześniej i spóźnić się na samolot!
Na pokład wszedłem jako ostatni pasażer i to na chwilę przed zamknięciem drzwi.

Australię zapamiętam jednak do końca życia!

Filipiny. Kto ma w głowie obrazki rajskich plaż, palm i błękitnego nieba, ma na myśli południową część kraju. Wszystkim, którym obraz niczym niezmącony objawia się jako niekończące się pola ryżowe, lasy tropikalne i góry, na pewno myśli o jego północnej części. I tyle wiem na razie o tym kraju. Rzeczywistość sprawdza się osobiście, żeby tak głupkowato powiedzieć.

Filipiny podzielone są na biedną i bogatą część. Nigdzie jednak nie widać tego lepiej, niż z dachu wieżowca w Manili. (Fot. FB/Tomasz Dworczyk)

Jeśli samolot się nie rozbije, a tajfun przejdzie bokiem, wszytko powinno skończyć się dobrze. Główkowałem nawet: kto chciałby porwać Polaka, gdzie wiadomo...  nikt za mnie nie zapłaci.

Decyzje, dezyzje, decyzje... Dokąd jednak jedziemy? Raz jeszcze: na północy szaleje tajfun, na południu równie niebezpieczna wojna, a po środku, diabli wiedzą co.

Lecimy więc w ciemno. Może jednak nie do końca w ciemno. Na jedną z 30 wiadomości portalu Couchsurfing dostaliśmy odpowiedź od Ricy. Filpinka, zaprasza nas do siebie do domu na wymianę kulturową. I to tak multi-kulti: polsko – holendersko - filipińsko... Cokolwiek to znaczy, dla mnie brzmi jak libacja.

Łapiemy więc taxi. "Grab", czyli azjatycki Uber wiezie nas pod wskazany adres. Nie wiem czego się spodziewać, ale nie narzekam. Jeszcze przeżywam i cieszę się, że zdążyłem na samolot!

Na razie jednak jedziemy pod wskazany adres. Na ile mi wiadomo Manila (stolica Filipin), słynie z nędzy i ubóstwa. A ja własnym oczom nie wierzę! Trafiłem do najbogatszej dzielnicy prywatnych apartamentowców na 22 piętro wieżowca! Rica, która odpowiedziała na ogłoszenie w necie, od lat zaprasza do siebie podróżników. Na dzień dobry zdjęcie na tle ściany pełnej banknotów z całego świata, które wrzuciła na Facebooka z podpisem: Surfer nr 372!
Jestem trzysta siedemdziesiątą drugą osobą w jej domu, nocującą za free! Jednak nie pierwszym Polakiem. Miała u siebie już wielu, co zresztą poznałem po pocztówce z Mazur, Wrocławia i po banknocie 10 zeta na ścianie.

Rica przekazała nam klucze do chaty i wyjechała na wakacje do Japonii.

Pierwsze dni w stolicy Filipin pozowliły nam się zrelaksować i zaplanować dalszy pobyt. Apartamentowiec otoczony trzema basenami, stał się naszym domem na pierwszy tydzień i...tak mi się spodobał, że niczego innego nie chciałem widzieć na oczy! Zresztą nadciągał TAJFUN! Trza więc ładować akumulatory: wylegując się w basenie na dachu z widokiem na całą metropolię. I na SMOG!

Słyszałem o smogu w Kuala Lumpur i Bangkoku, ale gołym okiem tego nie widziałem. Siedząc jednak sobie na skraju 42. piętra, w oczy wyraźnie rzucała się łuna czarnego gówna. I żadne tam luksusy takiego widoku nie przykryją.

Na chodnikach śpi więcej ludzi, niż po nich chodzi. Drogi zakorkowane, a samochody każdej dosłownie sekundy, wydalają kolejne tony spalin. Co ja tu robię?

Smog widziany z góry jeszcze nie był taki najgorszy. Wielu spało jednak na ulicach. (Fot. FB/ Tomasz Dworczyk)

Podczas postoju, postanowiłem zorganizować miejsce na dyskach. Kolelne więc dni, spędziłem usuwając śmieci, pisząc teksty i przygotwując klipy do poskładania w całość. A gdy nie mogłem już patrzeć dłużej w monitor, robiłem sobie przerwę na relaks, pływając w jednym z basenów lub robiąc foty o zachodzie słońca, z dachu apartamentowca. Przecież nie samą pracą człowiek żyje.

Pewnego wieczoru wybrałem się do lokalnego kasyna, aby zagrać w ukochanego Pokera. We wszystkich odwiedzonych przeze mnie do tej pory krajów gra jest nielegalna. W Polsce też. Paradoksalnie Polacy wygrywają coraz to bardziej prestiżowe turnieje, a rząd nakłada na nich 25% podatek, czerpiąc zyski z gry w karty, która de facto jest traktowana jako przestępstwo. Na Filipinach poker jest legalny jak najbardziej. Mogłem wreszcie usiąść przy stole z profesjonalistami i sprawdzić swoje umiejętności czytania graczy.

Przed wejściem do klubu przywitało mnie czterech ochroniarzy z karabinami, wykrywacze metali i pies.
Przechodzę przez bramkę, rejestruję paszport, żeby odebrać żetony... Pewny swojego „skilla” siadam do wyskokich stawek. Kilka godzin później jestem po trzykroć bogatszy. Większość pewnie odeszłaby od stołu, ale przecież nie po to przyszedłem, żeby ogrywać Azjatów. Zresztą właśnie podnieśmy stawki. Gość po mojej lewej, gra tylko wysokie karty: od Waleta w górę. Ten po prawej, blefuje z niskimi. A staruszek obok niego podbija w ciemno. Wystarczy, że ma parę. Jedyna niewiasta w tym towarzystwie, zdradza siłę swoich kart poprzez łapanie żetonów. Zawsze, gdy ma silne układy podbija jedną ręką, a gdy nie jest pewna czy wygra, stawia znacznie więcej, żeby nastraszyć - łapiąc żetony obiema rękami. Taka taktyka nieprzemyślana. Tak to możemy pograć.

Licząc karty i obliczając prawdopodobieństwo, można zwiększyć szanse na wygraną, ale zapewnić jej sobie nie można. Nadal pozostaje bezlitosny czynnik losowy, który czyni tę grę ekscytującą. A wygrać może każdy.

I jak wszystkie historie o szybkim wzbogaceniu się w kasynie, tak i moja zakończyła się bankructwem. W moich dłoniach Asy. Najlepsze z możliwych kart startowych. Kasa na stół, a ja z uśmiechem na ustach (mam 95% przeświadczenie, że zgarnę pulę) tracę połowę pieniędzy. Przeciwnik pokazał Walety, ale nadchodząca karta zmieniła właściciela żetonów.

Kilkanaście rozdań później, wpadają mi w ręce Króle, a dwóch moich przeciwników stawia wszystkie pieniądze na stół. Stawiam i ja, bo szanse na wygraną szcuję na 75%.
Po wyłożeniu kart moje szanse wzrastają do 98%, bo przeciwnicy posiadają te same karty: QQ vs QQ vs KK
Para Dam u staruszka i Para Dam u kobitki, nie ma jednak szans z moimi Królami. Nie może się też ulepszyć bo wszystkie cztery damy wyszły z talii. Siano będzie moje! Aż tu nagle...te 2% szansy na kolor: trzy trefle na flopie i czwarty na river. Para dam wygrała z parą dam i królami.

Takie rzeczy zdarzają się tylko na filmach! Szczęście odwróciło się ode mnie. Przegrałem kasę i straciłem okrągły 1000. Postanowiłem ukarać siebie samego i wrócić do domu na piechotę. 12 kilometrów w deszczu. Bo tak sobie powiedziałem siadając do stołu: przepierdzielisz wszystko – dymasz na piechotę! Nie było jednak tragedii. Tak naprawdę straciłem równowartość piętnastu funtów. Więcej wydałbym grając w bilard, kręgle, nawet siedząc w kinie. Niech się jednak cieszą. Tylko te 12 kilometrów w deszczu, to mogłem sobie odpuścić.

Więcej na temat projektuhttps://www.facebook.com/podrozzamilion/

Ciąg dalszy nastąpi...

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.2 / 5

Komentarze


  • Skatefall
    9 grudnia, 01:25

    Wiedziałem ,ze nasz ziomal pokaże na co Go stać. Absolutny czad, większy od smogu w Manilli:) Czekam na Jeszcze wiecej !!!.Pozdro:)

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 14.12.2018
GBP 4.794 złEUR 4.302 złUSD 3.809 złCHF 3.820 zł

Sport


Reklama