Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas - cz. 3

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas - cz. 3
To nie historia "O dwóch takich, co ukradli księżyc". (Fot.T. Dworczyk)
Filipiny słyną z widoku rajskich plaż, krystalicznej wody, błękitnego nieba, palm i ponad 7 000 wysp! Nie może być, że po miesiącu w tym kraju, chociaż jednej nie odwiedzę. Jedziemy więc nad wodę!
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz , jak to się zaczęło...

Część 1 i 2 opowieści o Las Islas Filipinas: TUTAJ i TUTAJ.

I znowu „palcem po mapie” wybraliśmy miejsce najbliżej położone. Trzeba w końcu zmyć z siebie smog, bo choć prysznic nie był nam obcy, to nijak go porównać do wytarzania się w piasku i obmycia w falach.

Bo z tymi prysznicami to też ciekawie było. Robiły za nie wiadra z wodą, które lokalni mieszkańcy sprzedawali po 20 peso, tuż pod tabliczkami z napisem – SHOWER. Zmycie z siebie potu kosztowało złoty pięćdziesiąt i to na dwie osoby.

Wracając jednak do plaży wymarzonej... Piękna to ona była. Ale na mapie brakło informacji, że owa plaża jest prywatna. Ta i wszystkie inne wokół! Trafiliśmy do najbogatszej prowincji, gdzie wstęp mieli tylko nadziani politycy, biznesmeni, sportowcy i gwiazdy. Otóż, co zobaczyłem: ogrodzone CAŁE wybrzeże, pokryte willami i hotelami. By się tam dostać, trzeba było zapłacić 700 peso, czyli 50 zł za sam spacer. Żeby zostać tam na noc, należało zarejestrować się u ochrony, która pilnowała wejścia z karabinami u boku. Trzeba też było podać informacje: u kogo spędzi się noc, pod jakim adresem, a potem jeszcze zapłacić kolejne 400 peso.

"Trafiliśmy do najbogatszej prowincji, gdzie wstęp mieli tylko nadziani politycy, biznesmeni, sportowcy i gwiazdy." (Fot. T.Dworczyk)

Nigdy też różnica między bogatymi a biednymi nie była tak wyraźna. Nawet nie było klasy średniej.

Spragnieni kąpieli w oceanie, szukaliśmy dziury w „systemie” i w płocie. Bo przecież nie może tak być, żeby pokonać taką trasę i nie zamoczyć nóg chociaż.

Przedostanie się przez ogrodzenie mogłoby zakończyć się kulką w plecy, ale nie znaczyło to, że zrezygnowałem ze znalezienia sposobu, by się tam dostać. I tak tułając się po wioskach wzdłuż wybrzeża, trafiliśmy na lokalną filpińską restaurację. Oni muszą wiedzieć, jak się dostać do wody.

Mądrze jest w każdym odwiedzanym kraju nauczyć się podstawowych zwrotów w lokalnym języku. Proszę, dziękuję, przepraszam, albo „to jest przepyszne" i zacierają się granice między turystą a tubylcem. Ludzie inaczej na ciebie reagują i już nie widzą w tobie tylko chodzącego bankomatu, ale gościa, który odwiedza ich kraj, ich dom. A w każej kulturze i religii, gości traktuje się wyjątkowo, więc zmiast izolować się od ludzi, polecam do nich wyjść. Można wtedy dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy i to takich, których nie ma w Internecie, encyklopedii, nawet na You Tubie.

A ponieważ zamówiłem rybę i raczej nie kupili jej w „Biedronce”, dowiedzieć się chciałem, skąd ją mają. Nie wierzyłem, aby całe pasmo wybrzeża sprywatyzowano, odbierając mieszkańcom jedyny dostęp do połowów. Z pełnymi brzuchami, za całe 6 zeta za obiad, w pakiecie dostaliśmy informację. Udaliśmy się więc we wskazane na mapie miejsce: szczelinę między dwoma kurortami - wioskę rybacką Nasugbu.

Główną atrakcją tego miejsca był rozbity na plaży chiński kontenerowiec pełen śmieci. Góry śmieci. Nie tego się spodziewałem i nie to chciałem zobaczyć. Powoli zaczęło do mnie docierać, że prywatyzacja wybrzeża to nie był najgorszy pomysł, skoro TAK wyglądał publiczny dostęp do oceanu.

Lokalni mieszkańcy tłumaczyli, że to przez Chińczyków. Że to prąd oceanu wyrzuca na brzeg śmieci z Morza Chińskiego. A nawet, że kontenerowiec tak właśnie trafił na plażę. A ja swoje wiedziałem. I widziałem co robili. Ręce opadały na widok rodzin, które porzucały całe torby plastiku. Dwa litry coli to potrafili przytargać, ale już pustej butelki nie udźwignęli... Pomyślałem nawet, że faktycznie należy ich odgrodzić murem i postawić ochronę z karabinami?

"Rozbiłem obóz na plaży, nieopodal wraku statku, żeby porobić astrofotografie z przemytniczym statkiem w tle." (Fot. T.Dworczyk)

A co do kontenerowca, to ciekawa z nim historia. Opowiedział mi rybak władający świetnym angielskim, że to statek - laboratorium! Przemytnicy narkotyków na wodach międzynarodowych transportowali tony koksu pod przykrywką cementu. Na górze rozstawione 10 tysięcy worków z cementem, a pod pokładem tyle samo worków z kokainą.

Jednak statek oberwał porządnie podczas sztormu. Dryfował z pełnego oceanu na wody terytorialne Filipin, więc zainteresowała się nim straż przybrzeżna... Wtedy załoga zaczęła wyrzucać "worki z cementem" do oceanu! Kiedy wojsko wkroczyło na pokład, na statku zastali już tylko laboratorium i poukładane na pokaz prawdziwe worki cementu. I ani żywej duszy. Nikogo nie złapali, nie udało się znaleźć winnego, a ocean zaczął pozbywać się śmieci - wyrzucając je na ląd. Tak jest, moi drodzy - na plaży zaczęła pojawiać się „koka”!

Rząd Filipin ogłosił, że zapłaci 10 tysięcy peso za każdy odstawiony worek. Gościu, z którym rozmawiałem, osobiście wyłowił ich dziesięć! I tak za pieniądze od rządu wybudował sobie dom. Jest to chyba jedyny na świecie przykład, kiedy kokaina zmieniła czyjeś życie na lepsze i w legalny sposób!

Nagrałem nawet z nim wywiad, bo kto by mi uwierzył? Rozmawiałem z nim godzinami, a tematów nie było końca. A to o wojnie i o tym, że na pobliskiej wyspie znaleziono kilkunastu japońskich żołnierzy w 20 lat po zakończeniu wojny. Siedzieli tam w ukryciu, aż natknęli się na nich filipińscy rybacy. Japończycy próbowali strzelać, ale ich broń już nie nadawała się do użytku. Ostatecznie historia zakończyła się tak, że deportowano ich jako weteranów wojennych... Ot, weterani, którzy całą wojnę zajadali się kokosami i owocami morza, siedząc w ukryciu.

Rozmowa trwała w najlepsze, aż zapytał skąd jestem. "No, z Polski!". "A to ja byłem w Polsce i to w osiemdziesiątym którymś! I pierwszy raz widziałem śnieg na oczy".

To ten wrak... (Fot. T. Dworczyk)

I to ten, już przyjaźnie nastawiony Filipino, zdradził mi lokalizację pobliskiej plaży, o której wiedzieli tylko miejscowi. Wyglądać miała jak na pocztówkach. Rozbilłem obóz na plaży, nieopodal wraku statku, żeby porobić astrofotografie z przemytniczym statkiem w tle.

Moskitera naciągnięta na statywie po raz kolejny ocaliła nam skórę. Dosłownie! Inaczej komary na plaży nie dałyby nam zasnąć i pocięłyby nas strasznie.

Widok na miliony gwiazd i szum oceanu pozwolił zapomnieć, że właściwie to leżeliśmy na wysypisku śmieci.

Jakież było moje zdumienie, gdy rano plaża wyglądała zupełnie inaczej. Zamiast śmieci, pełno bawiących się dzieci! Wszystko pozgrabiane „do kupy” i pozawijane w worki! Okazało się, że w każdy poniedziałek mieszkańcy Nasubu dbają o swój kawałek ziemi i wody, i doceniają, że dawała ich łodziom ryby, a i KOKAINĘ, od czasu do czasu...

To przyjezdni, głównie ze stolicy, zostawiali za sobą nieporządek i syf. A lokalni mieszkańcy pozwalali sobie na to tylko dlatego, że mieszczuchy razem ze śmieciami przywozili do wioski pieniądze.

"Moskitera naciągnięta na statywie, po raz kolejny ocaliła nam skórę." (Fot. T.Dworczyk)

Ogromną frajdę sprawiało mi obserwowanie i fotografowanie codziennego życia mieszkańców wioski. Zwłaszcza tego o wschodzie słońca. Rybacy zarzucali sieci, dzieci pomagały wyciagać ryby, kobiety dzieliły je na gatunki, a starszyzna zajmowała się ważeniem i rozdzielaniem wśród mieszkańców.
Tutaj czas się zatrzymał. Życie ludzi na lądzie, uzależnione od życia w oceanie. Można było to śmiało nazwać harmonią.

Po zjedzeniu grilowanej rybki, takiej wyciągniętej „przed chwilą” z wody, udaliśmy się na rajską plażę. Trzeba było przejść 14 kilometrów „z buta”, żeby odpocząć w tak wyjątkowym miejscu... Kilka domów z bambusa, kilka łódek na plaży... Idealnie! Błękitne niebo, żółty piasek, zielone palmy. Tego właśnie chciałem. Było też kilka skał, a właściwie klif. To tam postanowiłem rozbić obóz. Bezpieczniej było walnąć się spać na klifie, bo nie wiedziałem, jak wysoko podnosiła się woda podczas przypływu.

Na razie chciało mi się po prostu leżeć. Postanowiłem, że będę tu leżał i odliczał dni do końca wizy i że nie wrócę do miasta, no chyba, że na samolot...

Nadszedł poranek. Obudziły nas radosne śmiechy i chichy tubylców, którzy robili sobie selfi na klifie, z dwoma białasami w tle. Staliśmy się atrakcją wioski. I zostaliśmy zasypani pytaniami: co tu robicie, gdzie jest wasz hotel, skąd wiecie o tym miejscu, dlaczego śpicie na skale?

"Chciałem się odwdzięczyć za gościnę i zrobiłem sesje zdjęciową każdemu z mieszkańców. Każdy pozował do zdjęć, by chwilę później wymienić na Facebooku zdjęcie profilowe na nowe!" (Fot.T.Dworczyk)

Zaskakująco dobrze gadali po angielsku, więc mogliśmy sobie porozmawiać. I tak długo nam zeszło, aż zrobiliśmy się głodni.
- Gdzie tu macie jakiś sklep?
- Nie mamy.
- A restauracje?
- No też nie mamy.
- To co wy tu jecie?
- To co rybacy przywiozą. I ryż, i kokosy...

I już mieliśmy zbierać się w drogę powrotną, gdy lokalni mieszkańcy zaproponowali nam gościnę. Ugościli nas jak swoich. Zorganizowali stoły, podostawiali krzesła, nanosili jedzenia, owoców, kokosów i... włączyli muzykę. Zaczęło się karaoke, tańce i uczta! Uczta ryżowo-rybna. Popijaliśmy mlekiem ze świeżo strąconego z palmy kokosa, a na deser mogliśmy obeżreć się bananów bez limitu.

Chciałem się odwdzięczyć za gościnę i zrobiłem sesję zdjęciową każdemu z mieszkańców. Pozowali, by chwilę później wymienić na Facebooku zdjęcie profilowe na nowe!

Następnego dnia podwieziono nas do miasta, żeby zrobić zakupy na kolejne dni życia w lenistwie. A w tym cudownym, z dala od wszystkich, miejscu odpoczęliśmy od smogu, hałasu i cywilizacji...

Do usłyszenia wkrótce, a może i wcześniej...

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Ciąg dalszy nastąpi...

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 6 / 5

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 11.12.2018
GBP 4.765 złEUR 4.298 złUSD 3.776 złCHF 3.827 zł

Sport


Reklama