Menu

Węgierskie kleszcze medialne

Węgierskie kleszcze medialne
Redaktor naczelny Szabolcs Dull został zwolniony 22 lipca br. (Fot. Index.hu/screenshot)
W piątek 23 lipca br. 70 członków zespołu redakcyjnego serwisu internetowego Index.hu zrezygnowało z pracy i wymaszerowało z budynku. Na nagraniu pokazującym ich wyjście, które można zobaczyć na stronie sympatyzującego z nimi portalu - agencji 444, widać jak wychodzą w milczeniu, lecz zdeterminowani, poważni, z podniesioną głową.
Reklama

Widać też, że przy ich eksodusie nie akompaniował im żaden odgłos oklasków czy wiwatów, ale tylko bezduszne cykanie aparatów filmowych obserwujących ten następny etap w rozpaczliwej walce o wolność słowa w ich kraju.  

Dziennikarze zaprotestowali przeciwko zwolnieniu w poprzedni wtorek głównego redaktora Index.hu, Szabolcsa Dulla, który nie chciał poddać się kontroli informacji narzuconej przez MFA - właściciela koncernu opanowanego ostatnio przez nominantów rządu węgierskiego. Rezygnując, Dull oświadczył kolegom: "Index jest potężną fortecą, którą chcą wysadzić". 

W odpowiedzi nowy szef wydawnictwa Laszlo Bodolai odpisał, że "brak zaufania wobec redaktora jest tak poważny, że nie mogę współpracować z nim w żadnym wypadku". W tej sytuacji cały niemal komplet redakcyjny, łącznie z innymi pracownikami agencji, podał się do dymisji. Był to odważny, choć desperacki krok, bo żaden z nich nie wiedział, skąd w przyszłości będą mieli dochód i kto jeszcze zabezpieczy przetrwanie wolności słowa na Węgrzech.

Trzeba od razu zaznaczyć, że Index.hu miał stały codzienny odbiór 1,5 miliona czytelników i był najpopularniejszym portalem w tym kraju (portal posiada też wersję angielską - przyp. red.). Pamiętajmy, że Węgry liczą tylko 10 milionów mieszkańców, a więc Index.hu tworzył stałe źródło informacji dla znacznej części społeczeństwa w języku węgierskim.

Świadomi stałego zagrożenia ich niezależności od czasu zmiany w kierownictwie MFA, redaktorzy publikowali codzienne barometr w kształcie półkuli ze strzałką wskazującą rosnący stopień zagrożenia wolności słowa. Od miesiąca wskazywał stan ostrzegawczy reprezentowany przez kolor żółty. Bodolai chciał wymusić, aby redaktorzy zmienili wskaźnik ponownie na kolor zielony świadczący o braku zagrożenia, ale ani Dull ani najbliżsi współpracownicy nie zgadzali się z takim naciskiem. Dull miał rzekomo zezwolić na przedwczesną publikację zaplanowanych zmian w strukturze redakcji i za to, według dyrektora Bodolai, został zwolniony. Jeszcze zdążył w dzień przed dymisją przesunąć igłę na tarczy barometru na kolor czerwony, potwierdzający brak niezależności.

Ale redaktorzy byli już psychicznie nastawieni na te zmiany parę miesięcy wcześniej, gdy przedsiębiorca Miklos Vaszily, odpowiedzialny już za prowadzenie kanału prorządowego TV2, wykupił 50 proc. firmy odpowiedzialnej za reklamy agencji. A Vaszily był również odpowiedzialny wcześniej za przekształcenie na prorządowy kierunek polityczny popularnego wówczas niezależnego portalu Origo w roku 2014.

Origo był poprzednio własnością monopolistycznej firmy telekomunikacyjnej Magyar Telekom z dostępem nie tylko do wiadomości i mediów społecznych, ale i do największego poszukiwacza stron internetowych na Węgrzech. Magyar Telekom otrzymywał również wsparcie od niemieckiego inwestora. Gdy Orban doszedł do władzy, zaczął wywierać nacisk na Magyar Telekom, narzucając im dodatkowy podatek $100 mln i grożąc ograniczeniem ich licencji transmisyjnych. Magyar Telekom zgodził się na tajnym spotkaniu z głównym zastępcą Orbana, Janos Lazar, na przyjęcie kierunkowskazów polityki rządowej - licząc na to, że te ukażą się na dotychczas niezależnych stronach Origo.

Na skutek tych nacisków w roku 2013 zrezygnował redaktor naczelny, Albert Gazda. W następnym roku zwolniono jego zastępcę Gergo Salinga, szczególnie gdy ten zabierał się za sprawdzenie wydatków na podróże zagraniczne Lazara. Decyzję o zwolnieniu Salinga podjął właśnie ten sam Vaszily odpowiedzialny później za przejęcie kontroli nad Index.hu. W międzyczasie Magyar Telekom sprzedał Origo prorządowej firmie New Wave, która dopilnowała zmiany w agencji na orientację prorządową. Pod kierownictwem Adama Matolcsy Origo stała się najbardziej zajadłą tubą propagandową dla polityki antyliberalnej i antyimigracyjnej obecnego rządu.

Już od momentu zdobycia władzy przez swoją partię Fidesz w parlamentarnych wyborach w roku 2010, premier Viktor Orban był zdeterminowany, by odrzucić europejskie normy panowania i wprowadzić demokrację "nieliberalną", która miała się utrzymać na zasadach opartych na hojnej opiece społecznej, konserwatywnej polityce społecznej i podkreślaniu walorów narodowych. Ale do uzyskania poparcia dla takiego kierunku politycznego potrzebował również przychylnych mu mediów, aby nie ściągnąć na siebie dezaprobaty instytucji unijnych tak potrzebnych mu we wsparciu gospodarczym państwa.

Już w czerwcu Szabolcs zaznaczył na wykresie, że niezależność mediów na Węgrzech jest zagrożona... (Fot. Index.hu/screenshot)

Dlatego przez szereg lat zależało Orbanowi na utrzymaniu fikcji, że Węgry są normalnym europejskim krajem demokratycznym z niezależną prasą, niezależnym sądownictwem i wolnymi wyborami. W praktyce członkowie Sądu Konstytucyjnego są już praktycznie nominowani przez kierownictwo partii Fidesz. Na czele sądownictwa i prokuratury są najbliżsi współpracownicy Orbana i z czasem ułatwiło mu to rekonstrukcję okręgów wyborczych dogodniejszych dla Fideszu, pozbycie się niezależnego uniwersytetu założonego przez Gyorgy Sorosa i w kontrolowaniu mediów. To Sąd Konstytucyjny podjął decyzję w czerwcu br., aby odrzucić apele przeciw scentralizowaniu przeszło 500 różnych tytułów medialnych pod kierownictwem jednego konglomeratu medialnego KESMA. Sąd uzasadnił argument ministra sprawiedliwości Judit Varga w ten sposób, że taka fuzja medialna na szczeblu państwowym jest "w interesie publicznym". Sąd orzekł, że interes publiczny jest równoznaczny z interesem rządu, bo "rząd nie może dzielić odpowiedzialności za politykę gospodarczą z urzędami konstytucyjnymi".   

Kolejną ofiarą monopolizacji w mediach węgierskich był popularny dziennik "Niepszabadsag" (czyli "Wolność Ludu”) zamknięty w październiku 2016. Wydawca Mediaworks powiadomił redakcję, że z powodów finansowych gazeta nie będzie się już więcej ukazywać w druku i w internecie, po czym zwolnił wszystkich pracowników. Gazeta o obliczu liberalno-lewicowym miała 37 tysięcy czytelników, czyli więcej niż wszystkie inne polityczne dzienniki węgierskie razem wzięte.

Jednak według informacji w innych mediach niezależnych, gazeta była dochodowa, a jej zamknięcie spowodowane zostało spotkaniem właściciela Mediaworks z premierem Orbanem. "Moim zdaniem przyczyna może być tylko polityczna" - stwierdził ostatni zastępca redaktora generalnego Marton Gaspar. W roku 2018 przestał też wychodzić niezależny tygodnik konserwatywny "Heti Valasz".

Obecnie międzynarodowa pozarządowa organizacja Reporters without Borders stawia Węgry na 89. miejscu w rocznych wskaźnikach wolności medialnej na świecie. Kraj posiada już tylko szczątki mediów niezależnych. Istnieje jeszcze jedna gazeta, historyczna "Nepszava", która po zamknięciu "Niepszabadsag" sprzedaje 21 tys. egzemplarzy dziennie. Przetrwały jeszcze niezależne portale jak 444, 24.hu, Atlatszo czy Pestibulvar. Ale wszystkie czują grożące im naciski prawne czy gospodarcze, za którymi kryje się żelazna ręka monopolu medialnego Fideszu.

Według portalu Atlatszo, rząd wydał przeszło $300 mln na kampanie reklamowe wspierające jego działalność - marną część tej kwoty ofiarowano prasie niezależnej. Bez tego wsparcia finansowego poprzez reklamy większość organizacji medialnych objętych przez KESMA nie miałoby racji bytu, a prywatne firmy boją się reklamować w mediach politycznie niezależnych w obawie utraty kontraktów rządowych. Rząd zapowiedział politykę "hungaryzacji" mediów, aby nie dopuścić do zagranicznych wpływów w mediach krajowych.

Odbywają się protesty uliczne przeciwko restrykcjom rządowym. Jeden nastąpił właśnie po masowej rezygnacji dziennikarzy Index.hu. Protestują również niezależne samorządy, a wśród nich nowy mer Budapesztu, Gergely Karácsony. Niestety, siły wewnętrznej opozycji na Węgrzech nie są w stanie same w tej chwili obronić media przed finansową mocą prorządowego kapitału. Mogłyby interweniować instytucje unijne ale, jak dotychczas, unikały bezpośredniej konfrontacji z rządem węgierskim - mimo że monitorują sytuację i komentują krytycznie. Jean-Claude Juncker, były przewodniczący Europejskiej Komisji, raz przyjął Orbana na spotkaniu z koleżeńskim uszczypnięciem policzka, nazywając go pobłażliwie "Jak się ma nasz mały dyktator". Ale nie robią nic. Ostatnie decyzje unijne w sprawie uchwalenia nowego budżetu na szczycie lipcowym dają mało zapewnienia, że Unia wreszcie narzuci Węgrom sankcje prawne czy gospodarcze.

Co jeszcze może paść ofiarą rządowego parcia do monopolu medialnego? A może któreś polskie medium informacyjne? Jak Onet czy Oko.press? W końcu Zbigniew Ziobro, obecnie nie tylko minister sprawiedliwości i prokurator generalny, ale również odpowiedzialny w praktyce za politykę europejską rządu polskiego, grozi na przekór Unii "repolonizacją" mediów i rozbiciem Agory. Już krytykował premiera Morawieckiego za subsydiowanie niezależnej prasy polskiej, umieszczając w niej rządowe reklamy ostrzegawcze o pandemii. Logika niby jasna, bo czemu ci "gorsi Polacy" mają być chronieni kosztem państwa przed Covidem? Ale bez veta chwiejnego prezydenta mówiącego wciąż o "koalicji polskich wartości”, czy bez interwencji organów unijnych, możemy oczekiwać dalszego regresu w wolności prasy po obu stronach Karpat.

DISCLAIMER: Stwierdzenia i opinie zawarte w tym artykule odzwierciedlają poglądy Autora i nie reprezentują stanowiska redakcji Londynek.net

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 2.25 / 12

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią
Dodaj komentarz
Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 30.09.2020
GBP 4.956 złEUR 4.527 złUSD 3.866 złCHF 4.188 zł

Sport


Reklama