Menu

Recesja znieczulona

Recesja znieczulona
Obyśmy jak najpóźniej (a najlepiej w ogóle) odczuli recesję... (Fot. Getty Images)
Można by powiedzieć że, jak wiele innych krajów, Wielka Brytania jest obecnie objuczona całą paczką kryzysów, które podniecają jej mieszkańców ze zmiennym nasileniem.
Reklama

Raz dominuje sprawa braku szacunku dla praw i powagi osób o czarnej skórze. Przez dwa tygodnie trwały masowe i emocjonalne demonstracje pod hasłem „Black Lives Matter” po tragicznej śmierci czarnego aresztanta w Minneapolis. Zdejmowano z cokołów, a nawet topiono posągi osiemnastowiecznych filantropów, którzy obdarzali lokalne społeczeństwa owocem swoich majątków zbitych na handlu czarnymi niewolnikami, a inni demonstrowali w obronie pomników imperialnych celebrytów jak Baden Powell czy Winston Churchill.

To znowu część tzw. „progresywnej” ludności wskoczyła w medialną wojnę starszych nieco feministek z szermierzami o prawa transwestytów, które podniecają z kolei o wiele młodszą „generację Z”. Inni żyją wciąż, i słusznie, obawą przed nadchodzącą katastrofą klimatyczną, gotowi znów wskoczyć na pierwsze skinienie w szranki manifestujących ekologów. A wszystko podlega powszechnemu roztrzęsieniu wynikającego z pandemii covid-19, która uśmierciła już 43 tys. Brytyjczyków, a pół miliona ludności na całym świecie, z tym że Światowa Organizacja Zdrowia zapowiada, że najgorsze jeszcze przed nami. W wielu stanach amerykańskich jak Texas czy California zarażenie wraca i lockdown ponowny też. W Wielkiej Brytanii miasto Leicester jest zmuszone powstrzymać otwarcie szkół, sklepów i usług i będzie chyba pierwszym z wielu takich miast.

Dopiero gdzieś tam dalej na widnokręgu ujawnia się widmo jeszcze większej katastrofy. Jest to groźba powszechnej światowej recesji, która odbije się masowym bezrobociem w państwach zachodnich, a głodem w trzecim świecie. Jest to zanik światowej produkcji który, według tygodnika „Economist”, ma wynosić w tym roku £9,6 trylionów na świecie - to połowa zeszłorocznego długu publicznego Stanów Zjednoczonych. Ta groźba przeraża uświadomionych, ale jak dotychczas jeszcze nie podnieca tak bardzo media społeczne. Jeszcze ludzie w Wielkiej Brytanii nie maszerują ulicami w sprawie bezrobocia tak jak w sprawie praw mniejszości.

Wszelkie znaki nadchodzącej katastrofy ekonomicznej już są widoczne w Wielkiej Brytanii. Walka z wirusem spowodowała dotychczas bezrobocie u 2,8 milionów pracowników. Zapowiedzi nowych cięć w budżetach większych firm mogą powiększyć tę sumę w sierpniu do 3.8 milionów. To jest większa cyfra niż w latach pani Thatcher, kiedy ulicami maszerowały wielotysięczne rzesze.

Litania zwolnień już się zaczęła. British Airways, która w kwietniu straciła 94% swoich lotów, zapowiada zwolnienie 12 000 pracowników, Virgin Atlantic i Ryanair zwalniają każdy po 3 000, a Easyjet 4 500. Swissport organizujący usługi bagażowe na lotniskach brytyjskich zwalnia 4 500. Heathrow Airport zapowiada że 25 000 może stracić pracę w tym roku. Nie pomogły idiotyczne zarządzenia rządowe o kwarantannie dla osób przylatujących tu z krajów z o wiele niższym stopniu zarażenia jak Francja, Hiszpania, Polska czy Grecja. Capita, która jest właścicielem British Gas i innych usług państwowych, zwalnia 5 000.

W kwietniu wyprodukowano tylko 197 samochodów w Wielkiej Brytanii, a w maju 5 334. W maju produkcja samochodów w Wielkiej Brytanii spadła o 95% w porównaniu z majem 1919 roku. Nic więc dziwnego, że Rolls Royce zwalnia 3 000, Bentley 1 000, a Jaguar Land Rover 1 100. Intu Products, właściciel 17 największych arkad sklepowych jak wschodniolondyński Lakeside czy Trafford Centre w Manchesterze, zbankrutował z długami wynoszącymi £4,6mld. Grozi to utratą pracy dla 100 000 pracowników wśród ich klientów. Royal Mail zwalnia 2 000 pracowników biurowych. Koleje prywatne wożą już tylko 10% swoich normalnych pasażerów. Mogą kontynuować tylko dlatego, że specjalna umowa awaryjna gwarantuje im rządowe wsparcie do września, ale większość firm dało znać, że wcale nie chce potem utrzymać swoich terytorialnych koncesji i woli „zwrócić klucze”.

Wciąż jeszcze nie można rozpocząć pracy w hotelach, siłowniach, basenach, centrach konferencyjnych, teatrach, salonach manikurzystów czy w obsłudze przy meczach sportowych. Niejasna przyszłość teatrów trwająca aż do następnego roku jest szczególnie dotkliwa i tworzy nieobliczalne straty kulturalne. Nawet wielu samorządom grozi bankructwo.

Nie wszędzie informacje były tak złe. W pewnych sektorach gospodarki nastąpiło nawet ożywienie. Sprzedaż rowerów rekreacyjnych i rowerów elektrycznych podwoiła się. Sprzedaż żywności w Tesco wzrosła o 8,7% od marcu do maja, a w Sainsbury o 12% od kwietnia do czerwca. Brali nowych ludzi do pracy. Ale nawet oni przypominają, że nadchodzi okres recesji i że przy zmniejszonych budżetach rodzinnych nastąpi ostra konkurencja między sklepowa w cenach co zmniejszy ich dochody.

I rzeczywiście nadchodząca recesja najbardziej uderzy biedniejsze rodziny. Według Institute of Fiscal Studies 80% tych w grupie 10% najniżej zarabiających albo już straciło pracę albo nie będzie mogło pracować w domu zdalnie. Nawet gdzie wielkie firmy usługowe w City, czy biura ubezpieczeniowe czy agencje nieruchomości widzą możliwość pracy będą coraz bardziej opierać się na pracownikach pracujących w domu. Na tym zaoszczędzi pracownik, który nie musi codziennie dojeżdzać do pracy drogim transportem publicznym i zaoszczędzi firma, która nie potrzebuje tak dużej przestrzeni w swoim biurze, nawet biorąc pod uwagę rozmieszczenie pracowników w odstępach 2-metrowych. Według Lloyds Bank 70% tych, co pracowało z domach w czasie kwarantanny, woli dalej pracować u siebie, a 57% nie chce już pracować w mieście. Lloyds of London spodziewa się, że tylko 25% z ich 850 pracowników wróci pracować do głównej siedziby na Lime Street i ta sama proporcja wróci z ich około 4 000 niezależnych maklerów i agentów ubezpieczeniowych. Dlatego tworzą wirtualną salę dla tych firm, która zacznie pracować od sierpnia.

Zagrożona jest masowa spekulacyjna konstrukcja biurowców w centrum wielkich miast. Zakończą się budowy obecnych nowych wieżowców, ale nie mają zapewnienia, że uzyskają lokatorów. Natomiast nie ukażą się już chyba zaplanowane architekturalne arcydzieła w Londynie jak Trellis i Diamond. Właściciele nieruchomości komercyjnych, a nawet zwykli gospodarze domów mają zagrożony dochód wynikający z możliwości bankructwa czy zubożenia swoich lokatorów osobistych i komercyjnych. Dla przykładu, konglomerat kawiarniany Pret a Manger ostrzegł, że może swoim licznym gospodarzom zapłacić tylko 30% czynszu należne za czerwiec. Przy zaniku pracowników w centrach wielkich miast zagrożone są równie usługi dla tych firm, łącznie z transportem, kawiarniami, sklepami czy fryzjerami. Według Office of National Statistics niemal połowa brytyjskich przedsiębiorstw albo przestaje inwestować albo ukróciła znacznie wydatki kapitałowe. 44% z nich przyznało się, że mają mniej niż 6 miesięcy rezerw finansowyc, po czym grozi już zamknięcie firmy.

To, że nie odbywają się przy takiej groźbie masowe demonstracje i zaburzenia społeczne, wynika z podwójnego znieczulenia. Z jednej strony giełdy światowe optymistycznie poddają się hossie licząc na to, że centralne banki będą ratować każdą firmę zagrożoną. Oceniają ceny udziałów na wysokości 85% cen styczniowych. Międzynarodowy Fundusz Monetarny ostrzega jednak, że istnieje „ostra rozbieżność między oceną ryzyka w rynkach finansowych a perspektywami gospodarczymi”. Gdy nagle powróci pandemia, czy nastąpi inny nagły kryzys polityczny czy gospodarczy, ten optymizm pryśnie i może zakończyć się krachem przypominającym krach Wall Street w roku 1929.

Drugi powód znieczulenia wynika z rządowej inicjatywy ofiarowania płatnych urlopów („furlough”), gdzie rząd płacił 80% zarobku dla pracowników, których nie można było zatrudnić w czasie lockdownu. Ten system chronił 8 milionów pracowników kosztem £14 mld miesięcznie. Również rząd ofiarował £26 mld w pożyczkach dla biznesów, aby pomóc w przepływie gotówki. Firmom odkładano również obowiązki płacenia podatków czy dodatków do narodowego ubezpieczenia zdrowia. Ale w sierpniu firmy będą już musiały stopniowo dopłacać do kosztu urlopów, a w listopadzie wszelka dotychczasowa pomoc już się skończy. A potem przepaść.

Ta dotychczasowa pomoc była koniecznym znieczuleniem, aby ułatwić przedsiębiorstwom i mieszkańcom Wielkiej Brytanii przetrwanie najostrzejszego ataku pandemii. Zagrożenie jest tymczasowo osłabione, ale zapaść gospodarki stoi przed nami. Minister finansów Rishi Sunak przygotowuje nowy pakiet inwestycji w infrastrukturę na lipiec pod hasłem „Projekt Pośpiechu”. W planach mają być inwestycje z wyraźnym podłożem ekologicznym, kierowane w nowe domy, szpitale, szkoły, drogi, modernizację kolei i samochody elektryczne. Premier Boris Johnson nazywa to szumnie „buduj, buduj, buduj”.

Jest to ruch w odpowiednim kierunku, ale opozycja chce, aby rząd sięgnął dalej i przygotował budżet antyrecesyjny pod hasłem „praca, praca, praca” z kontynuacją przez szereg lat w sektorach jak turystyka czy przemysł samochody. Chce zabezpieczyć dochody pracowników i kierować produkcję w kierunku zgodną z polityką klimatyczną. Uważa, że sam rynek prywatny nie podoła w ratowaniu gospodarki.

Jak długo nie ma inflacji, a procenty bankowe pozostają niskie, tak długo opłaca się zapewnioną pomocą rządową utrzymać gospodarkę i ratować obywateli przed upokarzającym ubóstwem i bezrobociem spowodowanym przez walkę z pandemią.

DISCLAIMER: Stwierdzenia i opinie zawarte w tym artykule odzwierciedlają poglądy Autora i nie przedstawiają stanowiska redakcji Londynek.net

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.31 / 26

Komentarze
  • Europejczyk
    21 lipca, 22:17

    Fajnie i zrozumiale Pan to napisał .Pozdrawiam.

Dodaj komentarz
Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 07.08.2020
GBP 4.888 złEUR 4.414 złUSD 3.730 złCHF 4.086 zł

Sport


Reklama