Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Jaskinie Wietnamu

Podróż za milion zdjęć: Jaskinie Wietnamu
Warunki klimatyczne odpowiadały mojemu GoPro, które wielokrotnie wcześniej zawodziło, dlatego udało mi się uwiecznić wnętrze jaskini. (Fot. T.Dworczyk)
Hang Son Doong w Wietnamie ma ponad 200 metrów wysokości, 150 metrów szerokości i 5 kilometrów długości. Jest ogromna, ma własną rzekę, dżunglę, a nawet klimat...
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile byś nie pracował i ile byś nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto.Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

W Parku Narodowym Ke- Bang znajdują się aż 42 jaskinie otwarte dla zwiedzających, których na to stać.

Wejście do największej jaskini na świecie to wydatek 3000$, czyli ponad 10 tysięcy złotych. Łatwo się więc domyślić, że tam Was nie zabrałem. Nie stać mnie było nawet na wstęp do drugiej, ani nawet trzeciej co do wielkości jaskini. Opłata była równowartością mojego miesięcznego budżetu.

Ze wszystkich tych cudów natury mogłem sobie pozwolić tylko na tę najmniejszą i najtańszą, ale na pewno nie najgorszą atrakcję.

Dokładnie 40 złotych kosztowała mnie całodniowa wycieczka po galerii sztuki stworzonej przez matkę naturę. Nie można tego nazwać inaczej.

Thiên Đường Cave - Paradise Cave - czyli Rajska Jaskinia - przepełniona rzeźbami wręcz ociekającymi ze ścian i sufitów. Żeby się do niej dostać, musiałem przez godzinę jechać krętymi górskimi drogami i już to tylko dostarczyło mi ogromnych wrażeń.

Na parkingu chcieli mnie skasować 15 000 dongów, więc cofnąłem się kilkaset metrów do restauracji przed kasami biletowymi. Zamówiłem tam orzeźwiający napój ze świeżo wyciśniętej trzciny cukrowej.
Jako klient owej restauracji, mogłem zaparkować motor za darmo, a napój kosztował 5 tysięcy mniej niż parking.

Wszelkie próby ominięcia kasy biletowej zakończyły się niepowodzeniem, więc wysłupłałem mamonę, żeby wejść do środka. Za te pieniądze mógłym zalać niejeden bak paliwa i zjeść kilka sytych posiłków, ale głupio by było nie zajrzeć chociaż do najmniejszej z jaskiń.

Okazało się, że była mała, ale najdłuższa w Wietnamie i została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Mierząca 31 km długości, do 80 m wysokości i do 150 m szerokości, powstała jakieś 350- 400 milonów lat temu!

Po przejściu pierwszych kilku metrów byłem pewien, że były to najlepiej wydane pieniądze w Wietnamie. Niestety bilet, który kupiłem pozwalał na spenetrowanie zaledwie kilometra komnat, a i tak zajęło mi to ponad dwie godziny. I to w jedną tylko stronę...

Nieświadom daty, wybrałem się tam w najgorszym możliwym terminie. Nie dość, że sobota, to po 9 rano, kiedy to Wietnamczycy mają długi weekend.

Odniosłem nawet wrażenie, że cała stumilionowa populacja Wietnamu przyjechała odwiedzić tę właśnie jaskinię. Wszędzie wrzeszczące dzieciaki i ich rodzice, wszyscy przeciskali się pomostem pomiędzy tymi, którzy rozmawiali przez telefon! Azjaci nawet w jaskini "siedzieli" na Facebooku, Instagramie lub oglądali YouTuba. Wszystko to bez liczenia się z innymi.

Na szczęście w samo południe czas na odpoczynek i obiad, czyli azjatycka sjesta. W 20 minut kilkaset osób ulotniło się z podziemi i mogłem wyjąć słuchawki. Muzykę miałem odpaloną na maxa, żeby zagłuszyć innych. A muszę przyznać, że dobrze słuchało się tam psychodelicznego rocka, bo sceneria była odpowiednia. Jednak to nie to samo, co wsłuchiwać się w odgłosy natury.

CISZA! Przerywana tylko kapaniem wody, lub jakimś turystą drącym mordę: HEEEJ ECHOOO! Echooo! No, było echo...

Po godzinie mordęgi spełniło się moje życzenie i zostałem w jaskini tylko z kilkoma przewodnikami.

Gigantyczne stalaktyty i stalagmity rozłupywały czaszkę! Nie musiały nawet spadać mi na głowę. Sama myśl o tym jak to wszystko powstało, powodowała ból.

Znajdowałem się we wnętrzu góry! Nad głową marmury, a w szelinach między setkami ton granitu, ociekające minerały sprzed 400 milionów lat. Wszystko rozświetlone haloganemi rozmieszczonymi w strategicznych punktach.

Deskorolka posłużyła mi za statyw. Ten kawałek drewna wzbudzał ogromne zainteresowanie wśród strażników. Kilku poprosiło mnie nawet, żebym pokazał jakiś trik. W jaskini!

Nie śmiałem o tym pomyśleć, a to przemknęło mi przez głowę, że mógłbym spowodować oberwanie jakiegoś wapienia. 400 milionów lat zrujowane odgłosem deskorolki. Ostatecznie dałem się przekonać, a jednym z trików, który pokazałem, był "cave man", czyli jaskiniowiec.

Po wydostaniu się z jaskini zderzyłem się ponownie z milionem turystów. Skończyła się sjesta i kolejne tabuny zwaliły się w to miejsce.

W drodze powrotnej było "z górki". Niemal całą trasę pokonałem na wyłączonym silniku, zaoszczędzajac paliwo i tysiące dongów.

Po dotarciu do hostelu (jedyne 2 $ za dobę), zabrałem się za selekcjonowanie zdjęć i pisanie tekstu, który właśnie czytacie. Jednak wyczerpany z nadmiaru wrażeń zasnąłem na klawiaturze i dopiero odgłos szczurów targających moją reklamówkę z bananami był w stanie wybudzić mnie. Szczury były znacznie większe od kota, który leniwie spał na korytarzu obok miski z żarciem.

Wolałbym spać "na dziko" przy drodze, w lesie, w górach, a nawet w dżungli, ale tylko w hostelach miałem dostęp do internetu.

Następnego poranka zabrałem z stamtąd ręcznik oraz poduszkę, jako rekompensatę za źle przespaną noc. Uregulowałem rachunek i postanowiłem rozłożyć legowisko gdzieś w polu. Biłem się jednak z myślami, że to, co zrobiłem, to w sumie była kradzież. A ja na ręce miałem buddyjski talizman.

Ciekawe co na to Karma?

Do kolejnego celu mojej wyprawy miałem aż 300 km krętej drogi. "Zajumana" poduszka zamieniła mój motor w kanapę, a zainstalowany na tyle plecak posłużył jako oparcie dla rozłożonej poduszki. Jechałem na leżąco, jak panicz.

Dodatkowym atutem modyfikacji był fakt, że moje oczy znajdowały się na wysokości kierownicy. W nocy zagrożenie stanowiły światła autobusów i tirów, które były na wysokości moich oczu. Kiedy leżałem, zasłaniały mi je barierki pomiędzy pasmami autostrady.

Minąłem policję. I to cztery razy. Trzy razy byli już zajęci kimś innym, a raz wskazywali na mnie. Jednak nauczony doświadczeniem z Mui Ne nie zatrzymywałem się do kontroli. Nie miałem prawa jazdy, ani pieniędzy na łapówkę.

Zatrzymywałem się tylko, żeby zatankować. Maszyna musiała odpocząć i wystygnąć, a ja podładować telefon. Dochodziła 4 rano, miałem za sobą 250 km drogi, a jechałem od 9 godzin i nie dawałem już rady. Normalni ludzie to rozkładają taki dystans na 2-3 dni, ale normalni ludzie mają budżet na hotel i zdrowy rozsądek.

Dojechałem do jakiejś wioski przy trasie. Na mapie widziałem jeziorko, pomosty i plażę - to tam postanowiłem rozbić obóz. Tylko spać mi się odechciało, bo była pełnia księżyca.
Zaparkowałem i szukałem miejsca na nocleg, ale wszędzie pełno było ludzi zbierających skorupiaki. Z zapalonymi latarkami podczas odpływu przeczesywali wybrzeże.

Pojechałem nad jezioro, choć wiedziałem, że tam najwięcej komarów. Musiałem więc sprawnie rozłożyć moskitierę, nim wychleją ze mnie całą krew. Znalazłem jakiś pomost, który okazał sę tamą, służącą  do regulacji przepływu wody z pobliskiej rzeki na pola ryżowe.

Motor zaparkowany w zasięgu wzroku. Zabrałem graty i szybko rozwiesiłem swoją sieć. Wczołgałem się do środka i ponaciągałem to jeszcze plecakami. Na beton położony plastikowy płaszcz przeciwdeszczowy służący za izolację, na to wszystko kocyk, potem ręcznik i podusia. Jak w domu.

Zasnąć jednak nie mogłem, ale oczom dałem odpocząć. No i tyłkowi mojemu, kolanom, kręgosłupowi... Leżałem w bezruchu, a czułem jakbym dalej jechał. Kiedy udało mi się odpłynąć, obudził mnie hałas motorów. To lokalni mieszkańcy powstawali z łóżek. Jechali na pole, na ryby, wyprowadzali krowy na pastwiska.

Coś raziło mnie w oczy. Przepiękny wschód słońca, odbijający się w jeziorze. Zerwałem się po aparat i w poszukiwaniu kamery na dnie plecaka! Gdzie to cholerne GoPro? Chciałem zrobić "timelapsa" i nagrać słońce wschodzące jednocześnie na horyzoncie i odbite w tafli jeziora!

Oblał mnie zimny pot. Wiecie, co zrobiłem? Zostawiłem wszystko przy trasie, dokładnie 250 kilometrów temu.

O zachodzie słońca, kiedy wjeżdżałem na autostradę zatrzymałem się przy moście, żeby zrobić kilka zdjęć. Kiedy otwierałem plecak, żeby wyciągnąć lustrzankę, wypadła mi kamera i stoczyła się w rów. Pomyślałem: zaaara podniosę. Najpierw musiałem zrobić zdjęcia, bo światło uciekało. Zaangażowany w łapanie kadrów - odpłynąłem. Ostrość ustawiałem ręcznie, obliczałem i tak mnie to pochłonęło, że zapomniałem o reszcie świata. I o tej przeklętej kamerze leżącej w rowie.

Kilka razy na stacjach benzynowych towarzyszyło mi uczucie, że czegoś mi brakuje. Raz wróciłem nawet upewnić się, że wszystko spakowałem, bo żeby zatankować motor, musiałem odwiązać plecak, poduszkę, nawet deskę.

Straciłem 300 dolarów. Więcej, niż wart był mój motor. Pomyślałem, żeby pojechać i odnaleźć zgubę, ale szkoda było mi czasu i paliwa.

Karma wróciła - szczury w pokoju nie były dobrym wytłumaczeniem na przywłaszczenie sobie poduszki. Jako zadośćuczynienie zrobiłem reklamę tego hostelu. Pozytywne opinie na TripAdvisorze, na Booking i Hostelword, na Facebooku i Google.. .

Tak na wszelki wypadek, bo został mi jeszcze aparat, którego nie chciałem stracić...

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.9 / 10

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 23.08.2019
GBP 4.805 złEUR 4.357 złUSD 3.937 złCHF 3.988 zł

Sport


Reklama