Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Hong Kong

Podróż za milion zdjęć: Hong Kong
"Ten kawałek drewna był wart znacznie więcej, niż wszystkie sprzedane zdjęcia! W końcu miałem swoją deskorolkę!"
Gigantyczna metropolia z niezliczoną ilością wieżowców o niekończącej się liczbie pięter.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Za niewielki apartament z jedną sypialnią w centrum miasta należy zapłacić ok. 5 700 – 12 000 zł i mam na myśli samo wynajęcie paru metrów mieszkania: pokoju z kuchnią i łazienką, najczęściej w jednym pomieszczeniu.


Poza miastem ceny spadają do 3 800 – 7 600 zł i tu mieszkanie może być wielkości 15 - 30 metrów kwadratowych!

Rachunki, dojazdy, wyżywienie to oddzielny temat. Do dyspozycji jest metro, autobusy, tramwaje, taksówki i statki, jednak za wszystko trzeba słono zapłacić. Najtańszy posiłek, jaki znalazłem na ulicy to indyjskie stoisko z ryżem, sosem curry i kawałkiem kurczaka za jakieś 25 zł.

Zrobiłem nawet zestaw kilku podstawowych produktów spożywczych:

Mleko 1 l – 18 – 26 dolarów hongkońskich (ok. 8,60 – 13 zł)
Woda (butelka 1,5 l) – 10 – 20 dolarów hongkońskich (ok. 4,80 – 9,60 zł)
Butelka wina (ze średniej półki) – 100 – 150 dolarów hongkońskich (ok. 48 – 72 zł)
Lokalne piwo (butelka 0,5 l) – 10 – 25 dolarów hongkońskich (ok. 4,80 – 12 zł)
Piersi z kurczaka 1 kg – 48 – 120 dolarów hongkońskich (ok. 23 – 57 zł)
Pomarańcze 1 kg – 15 – 40 dolarów hongkońskich (ok. 7,20 – 19 zł)
Ziemniaki 1 kg – 10 – 33 dolarów hongkońskich (ok. 4,80 – 16 zł)
Biały ryż 1 kg – 10 – 25 dolarów hongkońskich (ok. 4,80 – 12 zł)
Wołowina 1 kg – 80 – 300 dolarów hongkońskich (ok. 38 – 144 zł)
Biały ser 1 kg – 83 – 268 dolarów hongkońskich (ok. 40 – 128 zł)
Pomidory 1 kg – 10 – 40 dolarów hongkońskich (ok. 4,80 – 19 zł)

Niezbyt przyjazne podróżnikom miejsce na ziemi. Dodatkowo owiane sławą najdroższego potrzasku Azji... A mnie właśnie przywiodło do przyjazdu tutaj i to z banknotem 50-dolarowym i biletem powrotnym za 5 dni.

Kiedy zostałem deportowany z Macau za sprzedawanie własnych zdjęć na ulicach miasta, nie odbyło się to natychmiast. Przetrzymywany byłem na granicy przez kolejne kilka godzin, do wyjaśnienia. Celnicy stwierdzili, że w systemie musi znajdować się moja kartoteka oraz że prowadziłem nielegalne interesy w Macau.

Wszystko wyglądało tak poważnie, że według nich nie miałem prawa opuścić kraju bez żadnej kary finansowej. Wypytywali o potwierdzenie zapłacenia mandatu lub grzywny od Biura Emigracyjnego. Tumaczyłem, że obyło się bez kary finansowej. Nie wierzyli. Dopiero jak im pokazałem wydrukowane pocztówki i kilka zdjęć, na których było widać jak sprzedaję je na ulicach Macau, zrozumieli i puścili mnie wolno.

Na statek byłem spóźniony 3 godziny. Celnicy Macau pozwolili mi wsiąść na następny statek bez ważnego biletu, a właściwie używając tego przeterminowanego po zapłaceniu 20 dolców.

Po wpłynięciu do portu w Hong Kongu czekały mnie następne 2 godziny wyjaśnień, po których otrzymałem wizę na 90 dni pobytu. Wyruszyłem o 9 rano, a dotarłem na zachód słońca. Natychmiast po wyjściu z portu udałem się do najbliższego drapacza chmur z zamiarem wbicia na dach. Przeszedłem przez lobby i recepcję na pewniaka, jakbym wchodził do siebie do biura (zapakowany dwoma plecakami) i wsiadłem do windy. Pojechałem na najwyższe piętro w ciemno, tam natrafiłem na kilka pomieszczeń biurowych zapełnionych pracownikami.

Przemknąłem szybko na schody pożarowe, aby wspiąć się jeszcze wyżej i wyżej. Aż na dach!
Pokonałem pięć pięter z 17-kilogramowym bagażem na plecach i wydostałem się na otwartą przestrzeń.

HELLO, HONG KONG!
Warto było się tak męczyć! Panorama tej metropolii powala! Myślałem, że po Dubaju i Singapurze nic mnie już nie zaskoczy. A jednak!
Niekończące się “morze” budynków, fala ludzi przewalających się po ulicach i mnóstwo samochodów! Patrząc na to miasto z góry miało się wrażenie, że całe się ruszało!

Zaludnienie Hong Kongu wynosi 6 300 osób na kilometr kwadratowy! Miałem ogromne szczęście zobaczyć zachód słońca nad Hong Kongiem już pierwszego dnia pobytu i to jeszcze z 30. piętra budynku! Chciało się wejść jeszcze wyżej, ale po złapaniu za drzwi prowadzące na dach zaczęła wyć syrena! ALARM!

Pobiegłem po plecaki i zacząłem wiać po schodach przygnieciony ich ciężarem. Wiedziałem, że zaraz zleci się tu ochrona i prawdopodobnie deportują mnie już po pierwszych godzinach pobytu.

Nie mogłem skorzystać z windy, bo przecież to właśnie windą ochrona wjeżdżała. Po zejściu kolejnych pieter schodami pożarowymi, usłyszałem nad głową krzyki. Teraz mogłem zjechać windą. Dostałem się do kolejnego biurowca pełnego zapracowanych “chińskich mrówek” i wskoczyłem do windy po drugiej stronie wieżowca, skąd dostałem się do lobby i opuściłem budynek.
Wyniosłem z tego lekcję: każde drzwi na dach są zabezpieczone alarmem, więc trzeba ostrożnie wybierać kolejne cele.

Po zjedzeniu kolacji złożonej z chleba tostowego i dżemu, poszedłem spać. Rozłożyłem się na dachu nieco niższego budynku obok. O 12 w południe obudziłem się całkiem dobrze wyspany. Ukryłem plecak z najcięższymi rzeczami w znajdującej się tam jakiejś zardzewiałej skrzyni i poszedłem zwiedzać, mając ze sobą tylko aparat. Miliony ludzi i miliony samochodów otoczone milionami sklepów. Gdyby udało mi się nawet co setnej osobie sprzedać jedno zdjęcie za dolara, byłbym multimilionerem.

Po południu wróciłem po plecak oraz wydrukowane pocztówki i rozstawiłem się na głównej ulicy, na kórej wystawiało się wielu artystów. Jedni śpiewali, inni grali na gitarze, ktoś sprzedawał balony, biżuterię lub tańczył break danca. No i byłem też ja, z pocztówkami za dolara.

Obok mnie stał podróżnik z zawiązanymi oczami i otwartymi ramionami. Ludzie mogli go przytulać za darmo lub za parę groszy, które przeznaczał na dalszą podróż. Taki sobie patent wymyślił i trzeba przyznać, że dla Azjatów było to bardziej atrakcyjne niż rzucanie pieniędzy gościowi przebranemu za Godzillę czy Transformera.

W ciągu godziny nikt nie kupił niczego, a potem zleciała się grupa chińskich turystów, która zostawiła w kubeczku 30 euro, za kilka zdjęć. Zaraz po nich pojawiła się policja i rozgoniła wszystkich, wymachując arkuszami do wypisywania mandatów. Wskazywanie na nas długopisem i blankietem było znacznie bardziej skuteczne, niż gdyby celowali w nas bronią palną.

Nauczony doświadczeniem z Macau... A, nie. Moment. Wszystko zrobiłem tak samo jak w Macau. Przeganiali mnie z jednego miejsca, to przenosiłem się 10 metrów dalej. Przyjąłem strategię muchy: ktoś przegoni, to się zatacza koło i siada w tym samym miejscu.

Miałem kolejne 10 euro dochodu, aż zrobiło się ciemno. Zarobiłem wystarczająco, żeby wynająć hostel i najeść się porządnie na indyjskim stoisku.

Ku mojemu zdziwieniu można tam wynająć hostel, tzw. dorms z 8 łóżkami na 10 metrach kwadratowych za 10 euro na dobę. To właśnie miała być moja baza, w której zostawiłem bagaż, mogłem wziąć gorący prysznic i ogolić mordę, żeby sprzedawać zdjęcia nie strasząc ludzi.

Trzeciego dnia obudziłem się nadal mając swoje 50$ oraz 20 euro zarobione na zdjęciach. Na telefonie kilka wiadomości wysłanych z lokalnych skateshopów. Napisałem na facebookowej Grupie Skateboarding HongKong oraz do kilku skateshopów, że chce się umówić na deskorolkę z lokalnymi skejtami. Dostałem odpowiedź i wyznaczone miejsce spotkania. W końcu, po dwóch miesiącach przerwy, będe mógł wskoczyć na deskorolkę!

W wielu odwiedzonych krajach spotykanie się z lokalnymi skejtami zmieniało wszystkie moje plany. To jedna wielka międzynarodowa rodzina, która sobie pomaga: jeśli nie w znalezieniu noclegu, przechowania rzeczy, dobrej rady czy oprowadzenia po mieście.

W sułtanacie Brunei deskorolkarze odebrali mnie z lotniska i wozili samochodem po wszystkich zakątkach kraju i przenocowali. Na Filipinach w Manili, zaopiekowali się moimi rzeczami, więc mogłem podróżować bez zbędnych kilogramów na plecach ufając, że mój laptop nie zginie. Z kolei na Tajwanie skejterzy podarowali mi deskorolkę i zafundowali zwariowaną imprezę sylwestrową.

Wreszcie w Hong Kongu, po wrzuceniu wiadomości na internet, doczekałem się odpowiedzi. Na najlepszym skateparku w spotykać się miałem z lokalną dziewczyną, która na deskorolce jeździ “od zawsze”. Z połamaną ręką przyjechała na skatepark, żeby wręczyć mi swoją deskorolkę i wspólnie pokręcić się na rampie! Logo jej deskorolki wyglądało jak banknot tysiącdolarowy widziany przeze mnie wielokrotnie…, ale tylko w kasynach Macau.

Podarowała mi 1000 dolarów! Ten kawałek drewna był jednak wart znacznie więcej, niż wszystkie sprzedane zdjęcia! W końcu miałem swoją deskorolkę!
Czekałem przez dwa miesiące, aż polska firma wyślę mi jakąś, ale na godzinach rozmów i obietnicach się skończyło. A w Hong Kongu zupełnie nieznajoma osoba i to bez żadnych zobowiązań wręczyła mi deskorolkę lokalnej firmy. Wyglądało na to, że po dwóch latach w Azji, łatwiej mogłem dogadać się po chińsku niż w ojczystym języku.

Zaczęliśmy szaleć, a to na rampie, a to na rurach w dół, czy na marmurowych ławkach. Zjechało się więcej skejtów pokazujących co potrafią! W ziomalskiej atmosferze spędziłem resztę dnia, a nawet nocy! Po prostu spałem na skateparku na ławce pod dachem, coś jakby na trybunach.

Podobnie jak w Singapurze i tutaj był dostęp do filtrowanej wody pitnej, prysznica, a nawet gniazdek i WiFi! Toż to dosłownie jak hotel!

Tego dnia wydałem na żarcie 10 Euro ze sprzedanych zdjęć. Bagaż mój ulokowany w hostelu, więc mogłem przenocować na skateparku bez obaw, że ktoś mnie okradnie.

Czwartego dnia chciałem obfotografować metropolię, ale pogoda sprzyjała jeździe na rolkach. Ani ciepło, ani zimno, za to chmury i mgła wychodziły na zdjęciach paskudnie.

Aż do popołudnia szaleliśmy na skateparku, a kiedy opadłem z sił, pozostało wziąć prysznic, uzupełnić butelki wody i wyruszyć na zatłoczone ulice w centrum miasta.

C.d.n.

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 6 / 12

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 25.06.2019
GBP 4.770 złEUR 4.255 złUSD 3.738 złCHF 3.831 zł

Sport


Reklama