Menu

Dlaczego Chiny poradziły sobie z koronawirusem? Relacja Polaka z Kantonu

Dlaczego Chiny poradziły sobie z koronawirusem? Relacja Polaka z Kantonu
W Chinach obowiązuje powszechny nakaz noszenia maseczek ochronnych. (Fot. Kadr z filmu "Wykryto u nas koronowirusa" na kanale You Tube "To są Chiny")
W Chinach życie powoli wraca do normy: wznowiły działalność fabryki, czynne są restauracje i punkty usługowe. Kraj jednak nie opuszcza gardy, stosowane są ścisłe kontrole stanu zdrowia obywateli. W ostatnich dniach zamknięto granice w obawie przed powrotem wirusa z Europy i USA. Rozmawiamy z Marcinem Koścem, autorem kanału YouTube "To są Chiny" i mieszkańcem Kantonu.
Reklama

Marcinie, od jak dawna mieszkasz w Chinach, jak tam trafiłeś i czym się obecnie zajmujesz?

- Do Chin przyjechałem jakieś 4 lata temu, wcześniej mieszkałem w Szkocji, w Irlandii, Niemczech, Holandii, Portugalii i w Kambodży – wymieniam tylko te kraje, w których przebywałem ponad rok.

Początkowo przez dwa lata studiowałem język chiński, a obecnie zajmuję się obsługą biznesu - pomagam polskim importerom w wyszukiwaniu towarów, dokonuję inspekcji i kontroli jakości. W tym momencie zajmujemy się eksportem maseczek antywirusowych do Europy i wszelakiego sprzętu, który służy do walki z wirusami.

Kiedy pierwszy raz usłyszałeś o koronawirusie i jakie były pierwsze reakcje mieszkańców?

- Od początku roku krążyły tutaj informacje, że coś się dzieje w Wuhan, nikt tego nie krył przed społeczeństwem. Informacje na temat tego, że rząd zatajał prawdziwe rozmiary epidemii, są wyssane z palca, to jedno z wielu kłamstw na temat Chin. Tego typu mity skłoniły mnie do założenia kanału na YouTubie “To są Chiny”. Zrobiłem to, ponieważ często w internecie publikowane są filmy na przykład z zupełnie innych krajów.

Każdy, kto był w Chinach, czy zna dwa słowa w tym języku, który wie jak wyglądają chińskie znaki i mieszkańcy tego państwa, po dwóch sekundach pozna, że to nie ten kraj. Ludzie publikują nagrania z Indonezji, z Bangladeszu, czy z Korei i twierdzą, że to są Chiny. Dlatego właśnie postanowiliśmy z żoną zacząć produkować nasze filmy, a zaczęliśmy od pokazania, jak wygląda sytuacja w związku z wirusem. Video stało się bardzo popularne, na naszym oficjalnym kanale ma już około miliona wyświetleń.

Pojawiły się też kopie mojego filmu na Facebooku, z których tylko jedna ma na przykład 1,5 miliona odsłon i kilkadziesiąt tysięcy udostępnień. Jest nam przykro, ponieważ nie jesteśmy pod nimi podpisani jako autorzy i nie ma linku do naszego kanału, ale nie interweniujemy, nie zmuszamy do kasowania tych nielegalnych kopii, ponieważ wiemy, że dzięki temu do Polaków dociera rzetelna informacja. Traktujemy to jako nasz wkład w walkę z pandemią. Ostatnio w artykule o nas, który ukazał się w tygodniku Polityka, dziennikarz stwierdził, że film, który miesiąc temu był ciekawostką, w tym momencie jest instrukcją – jak przetrwać ten czas wirusa.

Chciałbym zaznaczyć, że na naszym oficjalnym kanale film jest zdemonetaryzowany, nie zarabiamy na nim. Z tego też względu w naszych kolejnych filmach odcinamy się od tego tematu wirusa, ponieważ nie chcemy się na nim wybijać. Publikujemy nagrania, które pokazują życie w Chinach, chcemy odkłamać obraz tego kraju. Przedstawiamy fakty – na przykład, gdy poruszaliśmy tematy zarobków, to sfilmowaliśmy autentyczne ogłoszenia o pracę.

Pokazujemy także autentyczne koszty życia – ceny na półkach sklepowych, kwoty na paragonach. My pokazujemy prawdziwe oblicze tego kraju, ponieważ ludzie myślą, że tutaj panuje dyktatura, że ludzie żyją w lepiankach i orzą wołami ryżowe pola, mając na głowie stożkowate kapelusze. To nie jest prawda. W Chinach żyje się naprawdę dobrze, szczególnie w miastach. Są jeszcze jakieś odległe prowincje, gdzie, powiedzmy, nie ma rozwiniętego przemysłu, ale ci ludzie przenoszą się do miast. Żyje się tu o wiele taniej, łatwiej.

Tutejsi przedsiębiorcy proszą mnie o więcej takich filmów instruktażowych, jak walczyć z wirusem i czujemy pewien obowiązek, że w tej sytuacji musimy do tego wracać. Jednak nie chcemy być kojarzeni tylko z tą tematyką i przeplatamy w nagraniach różne wątki. Chcemy przekazać więcej o kulturze tego kraju, o życiu codziennym, historii, jedzeniu. Ten kraj oferuje wiele wspaniałych, rozległych tematów i mamy jeszcze wiele do powiedzenia.

Obostrzenia zaczęły się mniej więcej od stycznia, od czasu obchodów chińskiego nowego roku. Jak zmieniło się Wasze codzienne życie w tym czasie?

- Chiński Nowy Rok to okres największej corocznej migracji ludności na ziemi. Wtedy to kilkaset milionów ludzi wraca do swoich domów rodzinnych, aby wraz z bliskimi celebrować święta. My z żoną w tym czasie byliśmy w Malezji i wtedy usłyszeliśmy o wybuchu epidemii. Kiedy wróciliśmy do Chin, wirus już szalał.

Jak wspominałem wcześniej, ten Chiński Nowy Rok, to jest czas, kiedy ludzie wyjeżdżają z dużych miast i wracają na prowincję. Wtedy na Zachodzie media pokazywały puste półki w tutejszych sklepach, że nie ma jedzenia. To było przekłamanie, ponieważ pokazywane były puste półki z warzywami. Tymczasem w święta nieczynne są fabryki i wiele sklepów, ponieważ ludzi zwyczajnie nie ma w miastach.

Przykładowo Shenzhen – gdzie produkuje się telefony, konsole do gier i ogólnie, elektronikę – to miasto ma 30 lat. Jeszcze trzy dekady temu była tam wioska rybacka, a dziś mieszka tam kilkanaście milionów osób. Siłą rzeczy jest to ludność napływowa. Gdy nadchodzi Chiński Nowy Rok, który trwa kilka tygodni, miasto pustoszeje. W tym okresie zatem nie ma potrzeby, aby na dziale warzywnym była świeża pietruszka itp. Nie ma klientów i nie ma sensu zamawiać towaru. Po drugie, również dostawcy mają w tym czasie wolne. Ryż, olej, konserwy, słodycze, napoje – wszystko to było. Jeśli ktoś chciał w tym czasie kupić warzywa, to mógł to zrobić na ulicznych straganach, które działają zawsze.

Po naszym powrocie z Malezji nagraliśmy film, na którym widać, że osiedle, na którym mieszkamy, jest puste. Było tak dlatego, że po pierwsze, mieszkańcy wyjechali, a po drugie, choć jeszcze nie było zakazu, to już wydano zalecenie, by nie wychodzić bez potrzeby z domów. Na filmie widać środki bezpieczeństwa, jakie zostały podjęte. U nas na osiedlu tylko jedna osoba była zarażona wirusem i ona została oddelegowana do specjalnej placówki zakaźnej. Ludzie, którzy mieli z nią kontakt, zostali poddani kwarantannie. Od tamtej pory nie było już żadnych przypadków.

Obecnie jest taka sytuacja, że 95% zarażeń w Chinach pochodzi z zagranicy. W związku z tym 28 marca ponownie zamknięto granice. Nieważne czy ktoś ma wizę, czy jest Chińczykiem – nie ma wjazdu. My sobie poradziliśmy z wirusem, a kraje europejskie i Stany Zjednoczone w ogóle sobie z tym nie radzą. My chcemy tutaj już wrócić do normalnego życia, dlatego należało ukrócić wjazdy.

Jak wygląda ten powrót do normalnego życia? Czy nadal chodzicie w maskach, utrzymujecie dystans, czy czynne są już restauracje i punkty usługowe?

- Restauracje są już otwarte, podobnie jak punkty usługowe, na ulicach widać coraz więcej ludzi; na nasze osiedle wracają już mieszkańcy, którzy wyjechali w styczniu na święta. Ludzie nadal noszą maski, proszę jednak pamiętać, że w dużych miastach azjatyckich to nie jest nic nadzwyczajnego. W Tokio, Singapurze, Szanghaju, czy Kantonie jest nie do pomyślenia, żeby ktoś, kto jest zakatarzony, przeziębiony, wszedł bez maski do autobusu lub metra. Maski powinni nosić przede wszystkim ludzie zarażeni - ale by uniknąć stygmatyzacji, to jest nakazane, aby nosili je wszyscy. Jak wszyscy noszą maski, to nie wiadomo, kto jest chory.

Na ten moment w Europie, w Polsce nie ma nakazu noszenia masek z prostego powodu – bo ich brakuje.

Czy ktoś z waszego otoczenia przeszedł chorobę?

- Nikt z osób, które znamy, nie chorował. W Chinach jest 1,4 mld ludzi, a tych przypadków było 80 tysięcy - czyli ułamek. Nawet nie znam nikogo, kogo znajomy się zaraził.

Jak wygląda przeprowadzanie testów w Chinach?

- Trzeba pamiętać, że kilka lat temu Chiny miały epidemię SARS, z czego wyciągnęli wnioski i opracowali plan działania. Na wypadek epidemii każda większa placówka medyczna jest w stanie błyskawicznie przekształcić się w szpital zakaźny. Poza tym wszędzie jest mierzona temperatura – przy wejściu na osiedle, do metra, do autobusu, sklepu, restauracji, czy centrum handlowego. Jeśli ktoś ma gorączkę, to nie jest odsyłany do zwykłego szpitala, tylko do zakaźnego. Tam sprawdza się, czy osoba nie ma zwykłego przeziębienia.

Jeśli pacjent ma temperaturę i nie jest przeziębiony, wykonuje się rezonans magnetyczny, by sprawdzić zmiany w płucach. Jeśli są zmiany, które odpowiadają objawom zakażenia koronawirusem, to dopiero wtedy robi się test. Należy pamiętać, że szpitale w Chinach są świetnie wyposażone i oni ten sprzęt mają, nawet w wersjach przenośnych. Cała ta procedura, o której mówiłem, jest przeprowadzana błyskawicznie.

Jeśli okazuje się, że osoba jest zarażona koronawirusem, to nie jest odsyłana do domu, ponieważ do 75% zarażeń dochodziło wewnątrz rodziny, lecz do specjalnych placówek. Były to zwykle zaadoptowane do tego celu obiekty sportowe, hale, wyposażone w łóżka, a nawet zapewniania była tam rozrywka, organizowano im lekcje tańca. Na miejscu osoby były leczone, a po wyzdrowieniu odsyłane do domu.

Obecnie wszystkie te placówki zostały zamknięte, podobnie jak wszystkie szpitale polowe w Wuhan. Sytuacja jest opanowana. Pomimo tego nadal się chodzi w maskach i mierzy temperaturę. Restauracje, jak już mówiłem, są otwarte, tylko klienci muszą mieć zmierzoną temperaturę oraz podać numer telefonu, na wypadek, gdyby później się okazało, że w tym czasie jadł w tym samym lokalu ktoś zarażony. Obecnie pracujemy nad filmem, na którym pokażemy, w jaki sposób zabezpieczają się fryzjerzy, stomatolodzy, kosmetyczki czy pracownicy siłowni. Będzie to rodzaj instruktażu, jakie środki powinni podejmować przedsiębiorcy, aby zapewnić bezpieczeństwo klientom i pracownikom. Aby klienci czuli się tam bezpiecznie, aby zostawiali swoje pieniądze i aby gospodarka się kręciła.

Jak pracownicy, którzy muszą nadal chodzić do pracy, powinni się zabezpieczać?

- Przede wszystkim mieć przy sobie żel antybakteryjny i przemywać ręce po każdym dotknięciu powierzchni, z którymi mogli mieć styczność inni ludzie. Dopóki mamy wirusa na rękach, to się jeszcze nic nie dzieje, ale wszyscy się odruchowo drapiemy, przecieramy oczy, usta, niektórzy też palą papierosy – to w ten sposób możemy go wprowadzić do organizmu. Mycie rąk i jeszcze raz mycie rąk, a także zachowywanie dystansu od innych ludzi – to podstawa.

Na swoich filmach pokazujesz wręcz heroiczne zaangażowanie Chin w kwestię przestrzegania higieny. Czy uważasz, że w Europie jest w ogóle możliwe dorównanie do tych standardów?

- To nie jest możliwe, ponieważ Europa nie ma tych rzeczy. Chiny są fabryką świata, produkuje się tu wszystko. W jednym z moich filmów pokazuję, jak wygląda maszyna do produkcji maseczek. Chodzi tu o złożenie trzech warstw materiału, ale okazuje się, że w Polsce nie potrafi się tego zrobić.

Jakie miałbyś rady dla Czytelników Londynka?

- Po pierwsze myć ręce, po drugie stosować się do oficjalnych zaleceń. Na pewno nie słuchać fejk newsów. W sieci pojawiło się teraz mnóstwo szarlatanów, którzy chcą się wybić na tym wirusie. Opowiadają bzdury, które nadają się tylko do kryminału. W Chinach za rozprzestrzenianie takich materiałów grozi 7 lat więzienia i to powinno również zostać wprowadzone w Europie. Osoby te narażają ludzkie życie. Trzeba słuchać oficjalnych komunikatów, wypowiedzi epidemiologów, lekarzy, stosować się do rządowych zaleceń. Jeśli każdy zadba o zdrowie swoje i najbliższych – to będzie właśnie wkład w walkę z pandemią. Jeśli wszyscy będą się zachowywać odpowiedzialnie, to dacie sobie z tym radę.

Wróćmy jeszcze do tych obostrzeń związanych z zamknięciem granic. Co się dzieje z emigrantami, którzy chcieliby wrócić do kraju?

- Na świecie mieszka około 12 mln Chińczyków, z czego 27 proc. przebywa w Stanach Zjednoczonych. Oni teraz chcą wracać do Chin, ponieważ w Stanach jest bardzo droga opieka medyczna, a w kraju mieliby ją za darmo. Dlatego też Chiny to uniemożliwiają. Znam też Polaków, którzy jak to się wszystko zaczęło, wrócili do kraju. W lutym panowała jeszcze w Europie sielanka i mało kto traktował koronawirusa jako poważne zagrożenie. Śmiano się z Chińczyków, z jedzenia nietoperzy.

Jak oni zobaczyli, w jakim stanie jest polska służba zdrowia i jak to wszystko wygląda, to większość z przerażeniem uciekła z powrotem do Chin. Mnie do tej pory rodzina dziękuje, że radziłem im wtedy, żeby kupowali żele antybakteryjne i maseczki. Teraz tych towarów nie można dostać albo są drogie. Sprzedaje się jakieś papierowe maseczki, które przed niczym nie chronią. Słyszę o szyciu masek bawełnianych przez różnych ochotników, ale nie mam pojęcia, po co oni w ogóle to robią. Maska musi być przecież wykonana z odpowiedniego materiału.

Dziękujemy za rozmowę.

- Dziękuję i zachęcam do oglądania naszych filmów, do subskrybowania kanału, aby mieć dostęp do rzetelnych informacji i ciekawostek.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.48 / 48

Komentarze
  • Chory świat
    6 kwietnia, 17:59

    Ten artykuł jest już nieaktualny - właśnie zwyżkuje teraz ilość zachorowań w Chinach .

  • Darilla
    7 kwietnia, 14:21

    Cala wina lezy po stronie chinskiej! jesli chinski lekarz ostrzegal w grudniu za co poszedl do paki I sam zmarl na koronavirusa panstwo chinskie powinni zamknac granice DLA wszystkich Bez wyjatku.
    Zamiast tego wszyscy latali w te I z powrotem nie wiedzac z czym Maja do czynienia. Jesli koles z artykulu oszczegal znajomych aby zaopatrzyc sie Zele antybakeryjne wiec wszyscy w Chinach zdawali sobie sprawe z zagrozenia!
    Brak slow by opisac zachowanie Chin

  • Czytelnik anonimowy
    9 kwietnia, 23:47

    Wcześniej ptasia grypa teraz pademia na całym świecie a lekarzy zamykali bo apelowali o niebespieczenstwie z Chin tam życie toczyło się dalej to jakaś kpina!

  • Grzegorz
    10 kwietnia, 17:06

    Poradzili sobie bo to ich wirus więc wiedzą jak powstrzymać

Dodaj komentarz
Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 26.05.2020
GBP 5.030 złEUR 4.480 złUSD 4.088 złCHF 4.223 zł

Sport


Reklama