Schwytano ptaka, który terroryzował ludzi w okolicach Luton. Atakował głównie wysokich i łysych

W rezultacie ptasich ataków mieszkańcy wioski byli zmuszeni do noszenia czapek, kapturów albo do używania parasoli jak hełmu. Jeżeli zapominali o tych środkach, zdarzało się, że myszołowiec towarzyski (parabuteo unicinctus) spadał na przechodnia, uderzał go szponami w tył głowy, po czym chyżo umykał, pozostawiając skrwawioną ofiarę.
Jak twierdzi "The Telegraph", listonosze przestali dostarczać do wsi pocztę, a robotnicy porzucili prace przy elewacji jednego z budynków. Kiedy zaś drapieżnik zaczął polować nie tylko na wysokich mężczyzn, ale także na kobiety i dzieci, opustoszał nawet lokalny park z placem zabaw.
Ponad 20 sokolników z całego kraju próbowało złapać myszołowca - jednak aż do ostatniej środy, bezskutecznie.
Zdaniem sokolnika Alana Greenhalgha zachowanie ptaka musiało być spowodowane brakiem równowagi hormonalnej i rytuałami sezonu godowego.
Drapieżnika udało się zwabić i ująć w ogrodzie jednego z mieszkańców, który wyznał, że przez ostatnie tygodnie i on, i jego dzieci bały się wyjść z domu. Ptak przy tym nie ucierpiał - podkreślił dziennik. Ponieważ część mieszkańców dokarmiała myszołowca był "gruby jak beka" - jak ocenił Greenhalgh.
Ptak, dla którego Wyspy Brytyjskie nie są naturalnym środowiskiem (pochodzi z Ameryki Południowej), przebywał na wolności przynajmniej od listopada. Po schwytaniu "zachował się okropnie, nie pozwalał się dotknąć" - stwierdził Greenhalgh.
Na wolności myszołowiec najwyraźniej "świetnie się bawił". Zostanie teraz przekazany fachowcowi, który będzie szkolił go ponownie, żeby mógł latać, ale nie atakował już przypadkowych przechodniów.
"Nie będzie przecież siedział w wolierze obrażony i dąsał się przez cały czas" - stwierdził Greenhalgh.
Rada parafialna Flamstead Parish podziękowała sokolnikowi i mieszkańcowi wsi, którym udało się ująć drapieżnika. Wdzięczne są również ofiary. 75-letni Jim Hewitt, który został zaatakowany i zraniony, kiedy wybrał się do kiosku po gazety, oświadczył, że jest zachwycony, że inwazja już się skończyła.
"Musiałem działać ostrożnie i przezornie. Najrozsądniej byłoby jeździć do sklepu autem, no ale nie chciałem ustąpić temu cholernemu ptakowi". Mimo to - zapewnił - to wielka ulga, że drapieżnik został złapany, a nie zastrzelony.
Rzecznik prasowy policji hrabstwa Hertfordshire przekazał, że chociaż policja nie kierowała polowaniem na myszołowca to w trakcie ostatnich tygodni utrzymywała w okolicy zachowała "obecność o niskiej intensywności".
Czytaj więcej:
W Wielkiej Brytanii pojawił się nowy gatunek węża. Czy powinien tu zostać?