Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Taroko National Park w Tajwanie - hardkorowa trasa

Taroko National Park w Tajwanie - hardkorowa trasa
Okazało się, że większa część szlaku zarwała się i w niektórych miejscach ścieżka ma ok. 30 cm szerokości.
Nocleg w kościele nie należał do udanych. Prawdopodobnie zostałem pokarany z powodu ilości nagromadzonych w czasie podróży grzechów, bo nie wyspałem się ni trochę...
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Pokój z 8 łóżkami co prawda dzieliłem tylko z dwoma innymi osobami, ale nie ilość a jakość zamieniła ten nocleg w koszmar. Dwóch Francuzów chrapało tak bardzo, jakby ich dusze opętał sam szatan! W końcu nie wytrzymałem i obudziłem jednego z nich pytając, czy wszystko w porządku? Poprosiłem też, czy mógłby spać na boku. To powinno pomóc. I pomogło!

Wtedy jednak zaczął się “koncert” drugiego z nich. Powtórzyłem czynności: budzenie, zapytanie, prośba...

Gdzieś wyczytałem nawet, że w czasie wojny transportowali tym szlakiem artylerię...

Niestety, powtórzył się też efekt końcowy, bo jak tylko drugi podróżnik zasnął w ciszy, to ten pierwszy przeszedł w charczącą faze snu... Na nic zdawało się budzenie ich na zmianę. Zabrałem kołdrę z poduszką i wyszedłem. Rozłożyłem się w kościelnej stołówce, zamieniając stół w wyrko.

Poruszam się od wolontariatu do couchsurfingu, bo gospodarze doskonale rozumieją, że podróżnicy szukają miejsca, aby zregenerować się po przebytej trasie, lub naładować baterie na kolejne wyzwanie. Mieszkanie w pokoju wieloosobowym DORMS jest świetną okazją do poznania nowych przyjaciół, wymiany pomysłów na zwiedzanie z innymi oraz znalezienie kompana do wspólnej wycieczki. Ale nie do odpoczynku. O, nie! Wyspać się w "dormsach" nie jest łatwo. Jaka cena, taka jakość snu.

Ostatni raz, kiedy zapłaciłem za nocleg w Malezji, wiele miesięcy temu. Byłem tak styrany przedzieraniem się przez dżunglę, że postanowiłem zapłacić za łóżko.

Urokliwe okolice Taroko National Park w Tajwanie.

Jak tyko moja głowa dotknęła poduszki, podskoczyłem w górę. W pomieszczeniu obok ktoś wiercił dziury w ścianach. Urządzili sobie remont właśnie w dniu, kiedy ja postanowiłem sięwyspać...

Nie było mowy o oddaniu pieniędzy, a chciałem się wynieść i spać na ulicy. Takiego miałem pecha. Oczywiście nie mogę się odnieść do hoteli za większe pieniądze niż backpackerski budżet. Mówię o tym z czego korzystam, czyli jak ten kościół w Tarako.

Nie rozpaczałbym tak, gdyby nie fakt, że poprzedniego dnia pokonałem dystans 10 kilometrów, z czego ostatnie 3 km biegiem. A czekała mnie najbardziej hardkorowa trasa nad urwiskiem, na którą szedłem nieprzytomny... Przede mną 10-kilometrowy szlak górski, którego najciekawsza część to spacer wzdłuż ściany po wąskiej ścieżce 274 metry nad ziemią! Brzmi nieźle? Wygląda jeszcze lepiej!

Z opętanego przez chrapiących Francuzów kościoła do wejścia na szlak dzieliło mnie kilka kilometrów asfaltowej drogi. To była jedyna droga prowadząca do wszystkich wejść na szlaki, więc szybko złapałem stopa i dojechałem do celu. Kierowcą była Tajwanka po pięćdziesiątce, która po angielsku znała tylko "hi", jednak nie przeszkadzało jej to, aby dowieźć mnie do celu.

Na pierwszy ogień sześćdziesięciometrowy most wiszący nad rzeką.

Wejście na Zhuilu Old Trial, różni się od wszystkich innych. Trasa jest hardkorowa i jedynie 100 osób dziennie może się na niej znaleźć. Każdy musi wykazać się wydrukowanym pozwoleniem, paszportem i 200 dolarami tajwańskimi (ok. 24 zł).

Opłatę za wejście rozumiem absolutnie, bo szlak trzeba regularnie konserwować. Luźne skały odpadają z góry, na głowy turystów, jak i spod nóg. Pozwolenie trzeba załatwiać przez internet minimum dwa dni wcześniej i jest to chyba jedyny przypadek w Podróży Za Milion Zdjęć, kiedy dostosowałem się do panujących zasad i aplikowałem o ten papierek... Po dotarciu okazało się, że z dziesięciokilometrowej trasy do użytku nadaje się już tylko 3,5 kilometra, bo reszta trasy runęła...

Swoją drogą 100 osób dziennie razy 200 dolarów, daje 20 tysięcy dolarów tajwańskich dziennie. Miesięcznie na Zhuilu Old Trial zarabiają więc jakieś 70 tysięcy złotych! Kwota ta musi pokryć prace nad zabiezpieczeniem szlaku oraz interwencję służb ratowniczych. Pomoc ta na Tajwanie jest całkowicie bezpłatna, włączając w to transport helikopterem do szpitala.

Dzieciom od 6 do 12 lat przysługiwała 50% zniżka, a maluchy do szóstego roku życia nie podlegały opłatom w ogóle. Po przemyśleniu przekazałem swoją uwagę do władz Parku Narodowego Taroko. Jak to jest, że ostrzegają przed wejściem ludzi ze słabym sercem, a jednocześnie wpuszczają dzieci za pół ceny?

Dopisywała aura i humory.

Na pierwszy ogień sześćdziesięciometrowy most wiszący nad rzeką. Dobre na rozgrzewkę i stopniowe oswajanie się z wysokością. Po chwili ktoś stuknął mnie w plecy. Tajwańczyk machał do mnie banknotem 500$, a ja nie wiedziałem dlaczego. Okazało się, że pieniądze wypadły mi z kieszeni, kiedy płaciłem za wstęp. Szczęka opadła do samej ziemi! Tajwańczycy są niesamowici, a to był kolejny przykład.

Podziękowałem, nawet chciałem mu dać stówę, ale odmówił. Zrobiłem mu tylko zdjęcia na moście jego własnym telefonem. I nawet nie wiem, kto się bardziej cieszył z całej sytuacji: ja, że odzyskałem forsę na trzy dni jedzenia, czy on, że pomógł przybyszowi zza oceanu.

Humor dopisywał, łatwiej było pokonać trasę. A trzeba się było namęczyć, żeby dotrzeć do słynnej ściany. Droga w jedną i drugą stronę charakteryzuje się tym, że co chwilę jest “mijanka” z ludźmi przyklejonymi do ściany na wysokości ponad 270 metrów! Znaczy to, że raz jesteś przyklejony do ściany, a w drodze powrotnej to inni opierają się nią, a ty mijasz ich od strony przepaści! Oryginalnie szerokość szlaku wynosiła dokładnie 30 centrymetrów! Gdzieś wyczytałem nawet, że w czasie wojny transportowali tym szlakiem artylerię.

Pogoda dopisywała. Nad górami unosiło się kilka chmurek, przez które przebijały się promienie słoneczne podkreślające wyjątkowość tego miejsca. Turyści wymieniali się aparatami i wszyscy robili wszystkim fotki. Nawet większość moich zdjęć została zrobiona telefonem, ponieważ obiektyw odmówił współpracy. Silnik ustawiania ostrości zawodził już wiele razy, ale nigdy nie miałem drgań całego obrazu. Jakbym robił zdjęcia podczas trzęsienia ziemi. Przywykłem już do ręcznego ustawiania ostrości, ale ta usterka wyraźnie wpłynęła na jakość zdjęć. Większość zrobionych zdjęć wylądowała więc w koszu.

Droga w jedną i drugą stronę charakteryzuje się tym, że co chwilę jest "mijanka" z ludźmi przyklejonymi do ściany na wysokości ponad 270 metrów!

Poznałem tam tajwańskiego strażaka, który świetnie władał angielskim. Wreszcie mogłem z kimś pogadać i wypytać o ciekawostki. Na co dzień był strażakiem, ale ochotniczo wyjeżdżał na akcje ratunkowe zarówno na Tajwanie, jak i za granicą.

Rok temu w Hualien doszło do potężnego trzęsienia ziemi. Dwa dni później, kiedy służby ratownicze ogłosiły zakończenie akcji poszukiwawczej, jego zespół wolontaryjnie nadal przekopywł ruiny w poszukiwaniu ocalałych.
Powiedział, że po 2 dniach od zawalenia wielopiętrowca, jego ekipie udało się wyciągnąć kilka osób!

Jeszcze bardziej niesamowita była historia nastolatka, który zgubił się w górach. Akcja poszukiwawcza trwała tygodniami, ale nie przyniosła żadnego rezultatu. Jednak ochotnicy nie dawali za wygraną i w dni wolne od pracy dalej przeszukiwali górskie szlaki… Szukali go aż pół roku! Pół roku wierzyli, że nadal żyje i jest sens poświęcać swój czas wolny na poszukiwania! W końcu znaleźli go. Martwego. Ale sekcja zwłok wykazała, że spóźnili się zaledwie o 2 tygodnie. Szokująca była reakcja rodziny, która pozwała do sądu ekipę poszukiwawczą za nieudolne działania...

W drodze powrotnej nad szlakiem rozciągnęły się chmury. Widoczność spadła niemal do zera i nie miałem pojęcia, czy znajdowałem się 200 metrów nad ziemią, czy może pięć. Wiedziałem tylko, że należało się trzymać ścieżki i trzymać liny. Ledwie zdążyłem dotrzeć do wyjścia, a nastąpiło oberwanie się chmury. Nie wiem jak dotarłbym, gdyby tak intensywna ulewa zastała mnie na samej górze. Być może to mnie poszukiwaliby przez kolejne pół roku.

Chciałem tego dnia odwiedzić jeszcze chińską świątynię położoną na zboczu góry, ale pogoda wyraźnie zaganiała mnie do komputera.
Do następnego!

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia: FB/ Tomasz Dworczyk

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.75 / 4

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 16.09.2019
GBP 4.861 złEUR 4.326 złUSD 3.912 złCHF 3.950 zł

Sport


Reklama