Menu

Bieszczadzkie historie (cz. II)

Bieszczadzkie historie (cz. II)
Reklama

Anioły są takie ciche

zwłaszcza te w Bieszczadach

Gdy spotkasz takiego w górach

Wiele z nim nie pogadasz...

To fragment tekstu ballady „Bieszczadzkie Anioły” zespołu Stare Dobre Małżeństwo. Z pewnością usłyszymy ją w większości barów i restauracji tego regionu. Jednak to nie anioły osiedliły się jako pierwsze na tych pokrytych puszczą połoninach, ale biesy. Jak mówi legenda, od wieków osiedleńcy toczyli tutaj walkę z diabłami. Czy to z wyimaginowanymi rogatymi stworami, czy też z wewnętrznymi demonami, które przygnały ich w te pustkowia.

Bieszczadzki „western” i OHP

Po akcji „Wisła” pozostało wiele opuszczonych wsi. Te dawały schronienie pierwszym uciekinierom szukającym odosobnienia. Potem bieszczadzkie pustkowia zaczęto wypełniać junakami i junaczkami z Ochotniczych Hufców Pracy. Była to reaktywowana organizacja z czasów przedwojennych (1936) mająca za zadanie wychować poprzez pracę młodzież w wieku 16- 24 lata.

Na stacji bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej w Majdanie znajdziemy głaz upamiętniający powstanie OHP. W latach 1960 pracowały w Bieszczadach cztery hufce, czyli około 1200 osób przy budowie dróg i kolejek wąskotorowych do zwożenia drzew. Młodzi otrzymywali zakwaterowanie, mundury, wyżywienie i niewielkie wynagrodzenie. Pracowali sześć godzin dziennie. Resztę czasu przeznaczano na przysposobienie wojskowe i edukację. Był to system zastępujący w pewnym sensie obowiązkową w PRL służbę wojskową.

Bieszczadzka Kolejka Leśna to jedna z największych atrakcji tego regionu... (Fot. Wikipedia)

Za junakami zaczęli przybywać ludzie pokiereszowani przez życie, którzy często uciekali przed swoimi problemami. Bieszczady przedstawiano wówczas jako wręcz „westernowe tereny”, gdzie można odkupić swoje winy i zaszyć się w dzikości przyrody. Przybywali więc byli więźniowie, opozycjoniści, ludzie poszukujący alternatywnego stylu życia - a nade wszystko wolności, towaru deficytowego w komunistycznym państwie.

Po ukazaniu się kultowej powieści Edwarda Stachury „Siekierezada” Bieszczady otoczył nimb poetyckości, miejsca twórczego, gdzie można żyć „prawdziwym życiem” i na dodatek pofilozofać. Naprzeciw tym oczekiwaniom nowych przybyszy wyszedł Zarząd Budownictwa Leśnego, który w latach 1956-1980 postawił w Bieszczadach oprócz gajówek i domków dla leśników 30 hoteli pracowniczych i 116 baraków przenośnych. Tam mieszkali prawdziwi desperaci, pilarze i wypalacze węgla drzewnego. Ci ostatni przebywali jednak raczej ” na świeżym powietrzu” pilnując pieców. Dymy z retort snuły się nad dolinami tworząc jakiś fantasmagoryczny, piekielny raczej niż anielski klimat regionu.

Tereny myśliwskie

Bieszczady w latach komunizmu były też miejscem, gdzie kształtowały się relacje dyplomatyczne uściślane za pomocą polowań na grubego zwierza, którego najbardziej popularnym przedstawicielem okazał się świeżo zasiedlony żubr. Miejscem, skąd wyruszali na polowania partyjni towarzysze i ich goście, był legendarny ośrodek wypoczynkowy „Arłamów”. Obejmował on 23 tysiące ha i miał nawet lotnisko.

Stamtąd po myśliwskie „trofeum” wyruszył między innymi, osiemdziesięcioletni wówczas marszałek Josip Broz Tito, przywódca nieistniejącej już dziś Jugosławii. Wódz bratniego kraju oczywiście żubra ustrzelił, a nawet przewiózł go sobie państwowym samolotem do Belgradu. Nieco dalej musiał wieźć swój łup myśliwski brat szacha Iranu książę Pahlawi.

Polowania na żubry miały tu kiedyś miejsce wielokrotnie... (Fot. Getty Images)

Żubry i inną bieszczadzką zwierzynę zabijali w ramach rozrywki liczni przedstawiciele władzy ludowej. Koła łowieckie funkcjonują zresztą w Bieszczadach do dziś i mają się dobrze, ale oczywiście na innych zasadach i nie tylko dla przedstawicieli elit. W Arłamowie mieści się obecnie luksusowy hotel z polem golfowym, stadionem piłkarskim, ośrodkiem jeździeckim oraz kompleksem do sportów zimowych.

Miody, fuczki i prozaki

Obecnie znacznie więcej niż myśliwych jest w Bieszczadach pszczelarzy. Wybór miodów w tym regionie jest fantastyczny. Znajdziemy je na każdym straganie oferującym miejscowe produkty. Stoją na półkach i dżemy, i inne przetwory takie jak na przykład świetne pesto z czosnku niedźwiedziego, którym wiosną pachną bieszczadzkie lasy.

Lokalni wytwórcy oferują też „huculskie” sery oprócz tradycyjnych górskich oscypków. Warto spróbować parę regionalnych potraw, których nie znajdziemy gdzie indziej w Polsce. Dania kuchni podkarpackiej cechuje prostota i różnorodność związana z wieloetniczną historią tego regionu. Znajdziemy więc ukraińskie wersje pierogów i pierożków, czyli wareniki i pielmeny, „fuczki” czyli pyszne, smażone placki z ciasta i kiszonej kapusty.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.24 / 42

Czytaj więcej:

Bieszczadzkie historie (cz. I)

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią
Dodaj komentarz
Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 15.11.2019
GBP 5.001 złEUR 4.281 złUSD 3.885 złCHF 3.921 zł

Sport


Reklama