Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Śladami Top Gear

Podróż za milion zdjęć: Śladami Top Gear
"Do pokonania grubo ponad 2000km drogi, sam na sam z moim plecakiem, motorem i aparatem fotograficznym". (Fot. T.Dworczyk / FB)
Marząc o podróży po Wietnamie, miałem nadzieję zaliczyć najpiękniejsze azjatyckie trasy na drodze z Sajgonu do Hanoi, podążając śladami bohaterów programu Top Gear.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Do pokonania grubo ponad 2 000 km drogi. Sam na sam z moim plecakiem, motorem i aparatem fotograficznym. Ważne więc było, aby wybrać odpowiednią maszynę...

Ale jak to zrobić, mając do dyspozycji 100 funtów? Tyle bowiem zostało mi ze sprzedaży zdjęć na ulicach Macau i Hongkongu i po opłaceniu wizy do Wietnamu na 3 miesiące.

Nie posiadałem wiedzy na temat motoryzacji, ani doświadczenia, ani nawet prawa jazdy... Musiałem zagłębić się w internetowe fora, poradniki i porady backpackerów o tym, jaki model powinienem kupić i z jakim prawdopodobieństwem i tak mi się on rozkraczy...

W Sajgonie utknąłem aż na 6 dni, przeszkując oferty sprzedaży. Miałem wybór: kupić od Wietnamczyka albo od podróżnika, który tę trasę właśnie ukończył. Przez 6 dni spotkałem się z 25 sprzedawcami i odbyłem jazdę próbną na 16 motorach. Chciałem półautomatyczny, żeby mieć radochę ze zmiany biegów, jednak wszystkie spełniające moje wymagania jednośladowce były w kiepskim stanie technicznym.

Na dodatek Chiny - największy sąsiad - zalewają wietnamski rynek wszystkim, czego nie udało się wcisnąć na inne rynki. Waluta "nisko stoi", więc mało kogo stać na zakup oryginalnych części. Dlatego ogromny jest popyt na tanie "jednorazówki" made in China.

I chociaż jakość większości produktów i sprzętu jest kiepska, to wszędzie uświadczysz tam mechanika. Dosłownie wszędzie! W każdej wiosce, przy drodze, nawet w barze... Dlatego jeśli rozkraczy ci się maszyna, to za chwilę ktoś przybiegnie z kluczem i naprawi za dolara albo pięć, a w tej cenie będą nawet nowe części. Nowe, ale z Chin, czyli znacznie gorsze, niż gdyby wykorzystać używane a oryginalne.

Ostatecznie nie miałem wyjścia i musiałem mieć porządny motor, który - wiedziałem to na pewno - i tak ulegnie awarii. Podobnie jak ja, wielu podróżników poszukiwało tego samego modelu: Hondy Wave.

Każdy ze sprzedawców zapewniał mnie, że jego motor nigdy nie miał żadnych problemów, nie uległ awarii i niczego nie trzeba było wymieniać. Serio? Honda Wave z 2007 roku, która nigdy nie miała awarii? I na dodatek cena była zawsze wygórowana. Pomocna okazała się grupa backpackerów na Facebooku, gdzie podróżnicy sprzedawali swoje motory po ukończeniu wietnamskiej trasy.

Każdy z nich wydał na swój motor jakieś 300$ w Hanoi, a chciał się go pozbyć w Sajgonie za niewiele niższą cenę. Zorientowałem się, że presja czasu przed powrotem do domu działała na moją korzyść: mogłem dyktować warunki i zwlekać z decyzją...

Ostatecznie "olałem" motory i skupiłem się na skuterach. Nie wymagały one zmiany biegów, odpadał więc problem z zatarciem silnika. Ewentualna naprawa była nieco droższa, a i zużycie paliwa trochę wyższe, ale przynajmniej miałem pewność, że nie rozleci się dzień po zakupie... Problem polegał na tym, że wszystkie te motory aż lśniły i błyszczały, a pod maską wszystko było mocno nadwyrężone.

Kiedy więc znalazłem gościa, który powiedział mi co wymieniał, że kupił nowy akumulator i rozrusznik, bo mu się stary rozkraczył na amen, że naprawił elektrykę, wymienił olej i dwa razy złapał kapcia - pojechałem na spotkanie z nim.

Za swoją Yamahę chciał aż 300 $, no bo kupił za 350$ i musiał kolejne 100 włożyć w naprawy. Może i brzmiało sensownie, ale ja tyle nie miałem.

Patrzyłem i nie wierzyłem. Motor porozbijany, obudowa pęknięta we wszystkich możliwych miejscach, pajęczyna na reflektorze, porysowany cały bok i pęknięte lusterko... Od razu wiadomo, że upadł milion razy, a patrząc na amortyzator doszedłem do wniosku, że zamiast omijać dziury, sprawdzał ich głębokość.

No i wkrótce cena spadła z 300 na 200.

Podczas jazdy próbnej uświadomiłem sobie, że ten motor ma najwięcej mocy ze wszystkich dotychczas testowanych przeze mnie. Podjechałem po kryjomu do mechanika i zapłaciłem dolara za sprawdzenie bebechów. Faktycznie ten motor miał wymienioną elektrykę, co jest najbardziej skomplikowane i dosyć kosztowne.

Wszystkie inne usterki, które na pewno mnie czekały były, w porównaniu z tym, drobnostką. Znalazłem swojego rumaka! Ale nie za tę cenę!

Niemiec wyjeżdżał za dwa dni i przypuszczałem, że nikt inny nie kupi tego gruchota! Dzień przed jego wylotem wysłałem mu link: ofertę podobnego motoru, tyle że ze lśniącą obudową, za 200 dolców.

Napisałem mu, że zdecydowałem się na tamten jednośladowiec. I chociaż było mi głupio, pomyślałem: "biznes is biznes" - teraz zapłaciłbym 200, a sprzedał później w Hanoi, za 150.

Zadziałało! Cena poszła w dół na maksa i Niemiec postanowił się pozbyć gruchota ostatecznie 100 funtów! A ogłoszenie, które mu pokazałem, by dobić targu? Zrobiłem i wstawiłem na Facebooka sam. Przede mną 3 miesiące podróży po Wietnamie, a przed nim zaledwie 30 godzin do wylotu...

Miałem w pełni sprawny motor za niewielkie pieniądze. Z powodu potrzaskanej jak po wybuchu obudowy i pękniętego amortyzatora, nadałem mu imię Beti.

"Bouncing Betty" to nazwa najpopularniejszej w Wietnamie miny przeciwpiechotnej, która raz uruchomiona wyskakiwała z ziemi na wysokość metra i dopiero eksplodowała. Mogła zranić, zabić, albo pozbawić jąder...

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.29 / 7

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 22.07.2019
GBP 4.721 złEUR 4.248 złUSD 3.787 złCHF 3.857 zł

Sport


Reklama