Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Mój tajwański wolontariat

Podróż za milion zdjęć: Mój tajwański wolontariat
Natura tuż przy Hualien beach.
Sylwester w tym roku był wyjątkowy i ciągnął się przez cały tydzień.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Widok z hotelowego tarasu.

W lutym czeka mnie jeszcze Chiński Nowy Rok, który jest największą imprezą na Tajwanie i oficjalnie trwa kilka dni. Po powzięciu noworocznych postanowień, postanowiłem wziąć się za robotę i to nim pochłonie mnie kolejna impreza.

Zaliczyłem metropolię – przyszedł więc czas na przeniesienie się na łono natury. I tak dojechałem w końcu do Hualien, gdzie miałem odbyć swój tajwański wolontariat. Wspominałem w poprzednich odcinkach, że miałem zamiar zatrzymać się w jakimś państwie na dłużej, żeby ogarnąć swój projekt "Podróż Za Milion Zdjęć".

Chciałem osiąść na chwilę już na Filipinach, ale warunki nie były sprzyjające nawet w stolicy. Oczywiście, wszystko ułożyłoby się inaczej, gdybym mógł sobie pozwolić na opłacenie hotelu z dostępem do niezakłóconego niczym, szybkiego internetu. Ale ciągle cisnę przez świat na oparach gotówki, więc musiałem szukać do pracy miejsc z darmowym WiFi: kawiarenek, bibliotek, nawet knajpek z Fast Foodami. No i spać, gdzie popadło.

Z dala od miejskiego smrodu i zgiełku.

W takich to miejscach na Filipinach nie znalazłem nawet gniazdka, o internecie nie wspominając.
Co innego, Tajwan! Tutaj było wszystko, czego potrzebowałem. Najtańszy internet mobilny w telefonie miał upload 4mb/s, więc po zrobieniu „hot spot” na laptopie, miałem komfort pracy.

Tam nawet nie było limitów! Płaciło się za dzień korzystania z internetu i to na najwyższym możliwym poziomie. Problem internetu rozwiązał się więc sam. Pozostało tylko zorganizowanie noclegu i wyżywienia. Dlatego skusiłem się na Wolontariat, czyli tzw. Workaway. Miałem więc swój hotel z internetem, prądem i spokojem niezbędnym do pracy. Przez następny miesiąc mogłem zamieszkać, nie wydając ani grosza.

„Bridge 12” to ośrodek położony 20 minut za miastem Hualien. Na samej plaży, pomiędzy oceanem, rzeką i górami, otoczony ogrodem, był doskonałym miejscem dla tych, którzy chcieli uciec od miejskiego zgiełku. Jedynym dźwiękiem był tam szum fal w ciągu dnia i rechot żab w nocy.

Plaża, słońce, szum fal i imponujaca fauna i flora.

Rodzina Lin Chou chciała stworzyć miejsce unikatowe i takie, które wyróżniało się wśród innych hoteli. Stawiając na jakość, a nie ilość świadczonych usług, miało to swoje odbicie w cenie. Za pokój z widokiem na Pacyfik zapłacić trzeba było jakieś 300 zł za dobę. To ze śniadaniem. Z obiadem, koszt wzrastał o jakieś cztery dychy. No, ale ja przyjechałem, żeby wypromować miejsce: rozruszać marketing, zrobić zdjęcia na stronę internetową, może nawet nakręcić film reklamowy. No i miałem pomóc przy renowacji. Dlatego olewając system monetarny i podatkowy, siedziałem za darmochę, a w ramach barteru dostawałem 3 posiłki dziennie i własny pokój.

Była to, mimo wszystko, świetna okazja, żeby poogarniać własne sprawy z dala od cywilizacji i konsumpcjonizmu - nie wydając przy tym ani grosza przez miesiąc życia.
Zresztą posiłki gotowali i tak dla całej rodziny, więc dorzucenie do gara kilku składników dla kolejnej gęby do wyżywienia, nie było wielkim kosztem. Na największe straty narażałem ich, siedząc non stop przy komputerze.

Wkład mój był jednak znaczny. Wystarczył bowiem jeden klient, by jego pobyt pokrył kwotę rachunków przez miesiąc! A przecież wykonane przeze mnie zdjęcia i pozycjonowanie w Google procentować będzie przez lata.

Kolejna "rodzina" z moich podróży - właściciele "Bridge 12".

Pierwsze dni w „Bridge 12”. Od razu zabrałem się do roboty. Zadaniem na ten tydzień było odrdzewianie barierek i szorowanie papierem ściernym wszystkiego co drewniane, przed nałożeniem świeżej warstwy farby.

Praca na świeżym powietrzu i to zaraz przy oceanie, to sama przyjemność i świetna odskocznia od siedzenia przy kompie. Doświadczenie nabyte przy remontowaniu willi w Australii bardzo się przydało, chociaż nie miałem do dyspozycji drogich narzędzi, tylko klasycznie: młotek, pędzel i kawałek papieru sciernego. Co ciekawe, w Polsce przy domu nie robiłem nigdy nic. Nawet gniazdka nie potrafiłem zmienić. Ale jak to się mówi: podróże kształcą”.

Wstawałem na śniadanie o godzinie 9:00. Po nim zabierałem się za renowacje, ale tylko do 12:00, kiedy to na stole lądował obiad. Świeżo wyciągnięta z oceanu rybka czy krewetki, a do tego warzywa. Duuużo, dużo warzyw. Tak bardzo narzekałem na Filipinach na ich brak, a teraz nadrabiałem zaległości. Żarcie było przepyszne i czułem, jak mój organizm się regenerował.

Po obiedzie miałem czas wolny. Siadałem do laptopa na hamaku i wsłuchując się w szum fal, spłodziłem tego właśnie posta.

Jednego dnia montowałem filmy, innego wyszukiwałem oferty wolontariatów w innych krajach (tak, żeby wiedzieć, co mnie czeka, jak skończy się moja tajwańska wiza).

Śniadanko - każdy posiłek uwzględniał owoce i warzywa.

Tym czasem liczba danych na moich dyskach sięgnęła aż 4000 GB, ale żaden film z podróży nie ukazał się. Cały czas się przemieszczałem się, a do tego dochodziły coraz to nowe, zwariowane historie.
Dlatego postanowiłem trochę posiedzieć w „Bridge 12”. Przynajmniej do czasu ukończenia relacji z odwiedzonych przeze mnie pierwszych dwóch krajów.

I tak spędzałem pięć dni przed kompem, a dwa dni gdzieś na łonie natury.

Hualien to najpiękniejszy rejon Tajwanu, gdzie znajduje się najsłynniejszy park narodowy - Taroko. O hardkorowym szlaku, ciągnącym się wzdłuż klifu i to na ogromnej wysokości, przy tym tak wąskim, że ledwo można minąć się z kimś i nie spaść, w kolejnym odcinku. Będą wiszące mosty i jaskinie, i dużo, dużo gór.

Ciąg dalszy nastąpi...

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia: FB/ Tomasz Dworczyk


 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.4 / 5

 

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 11.10.2019
GBP 4.893 złEUR 4.310 złUSD 3.914 złCHF 3.919 zł

Sport


Reklama