Historia znaleziona w ziemi
Do Anglii pan Artur przyjechał z rodzinnej Włodawy ponad 20 lat temu. Zawsze interesował się historią, dlatego wolny czas spędzał na legalnych wycieczkach z poszukiwaczem metalu. Miał na swoim koncie już kilka ciekawych znalezisk, które przekazywał do muzeów, jednak historia nieśmiertelnika włoskiego żołnierza jest wyjątkowa. To opowieść o tym, jak legalne poszukiwania pomagają ratować historię, odnajdywać rodziny i przywracać pamięć o ludziach.
Jak wyglądał moment, w którym wykrywacz dał sygnał, a Pan wyciągnął z ziemi akurat ten konkretny nieśmiertelnik? Od razu Pan wiedział, z czym ma do czynienia?
Artur Kropiwiec: - Pojechałem z wykrywaczem na pole w Yorkshire, gdzie mam zgodę właściciela na prowadzenie legalnych poszukiwań. W pewnym momencie wykrywacz wydał bardzo czysty sygnał. Od razu czułem, że to nie jest moneta. Delikatnie wykopałem przedmiot, oczyściłem go z ziemi i zauważyłem wybite napisy. Na początku nie wiedziałem, co dokładnie znalazłem. Zrobiłem kilka zdjęć, ostrożnie schowałem znalezisko do pudełka i dopiero po powrocie do domu zacząłem szukać informacji. Dzięki Google odkryłem, że jest to włoski nieśmiertelnik wojskowy. Wtedy zrozumiałem, że to znalezisko może skrywać niezwykłą historię.
Czy to miejsce było wcześniej kojarzone z obecnością włoskich jeńców wojennych?
- Wcześniej nie miałem wiedzy, że podczas II wojny światowej włoscy jeńcy wojenni pracowali na angielskich farmach. Wiedziałem jedynie, że w różnych miejscach w Anglii znajdowały się lotniska polowe, na których stacjonowali żołnierze różnych narodowości. To właśnie dlatego wcześniej znalazłem tam polski guzik wojskowy WZ28 z 1928 roku. Co ciekawe, kiedy wróciłem w to samo miejsce w tym roku, odnalazłem kolejny polski guzik. To skłoniło mnie do głębszego poznania historii tego miejsca.
Co można było odczytać z powierzchni nieśmiertelnika tuż po jego wykopaniu? Jakie informacje dały Panu punkt zaczepienia?
- Dopiero w domu, po dokładnym oczyszczeniu nieśmiertelnika, udało mi się odczytać większość informacji. Było na nim imię i nazwisko żołnierza, data urodzenia oraz nazwa okręgu we Włoszech, z którego pochodził. Wydawało się, że to wystarczy, aby szybko odnaleźć rodzinę. Szybko okazało się jednak, że osób o tych samych danych było bardzo wiele. Od pewnego czasu zajmuję się amatorsko genealogią własnej rodziny, dlatego postanowiłem wykorzystać podobne metody w poszukiwaniach bliskich żołnierza. Niestety, na początku wszystkie tropy prowadziły donikąd.
Zanim jednak mogłem przekazać nieśmiertelnik rodzinie, musiałem go zarejestrować zgodnie z obowiązującymi przepisami. To było dla mnie bardzo ważne, ponieważ wszystkie swoje poszukiwania prowadzę legalnie.
Dwa lata poszukiwań rodziny to bardzo długo. Od czego Pan zaczął i jakie były największe przeszkody w tym prywatnym śledztwie?
- Moim zdaniem żołnierz mógł przebywać w obozie Eden Camp w North Yorkshire, który podczas II wojny światowej był obozem dla włoskich jeńców wojennych. Nie mam jednak stuprocentowego potwierdzenia, dlatego nie chcę przedstawiać tego jako faktu. Kilka razy próbowałem skontaktować się z pracownikami Eden Camp z nadzieją, że ich archiwa pomogą potwierdzić tę historię, jednak niestety nie otrzymałem odpowiedzi.
(Fot. Facebook/Metal Detecting Buddy)
Kto pomógł Panu w rozszyfrowaniu tożsamości żołnierza? Czy musiał Pan korzystać z pomocy włoskich archiwów wojskowych lub tamtejszych historyków?
- Po pewnym czasie poprosiłem o pomoc mojego kolegę Antonio z Włoch. Liczyłem na to, że pomoże mi znaleźć właściwy trop. To właśnie on skontaktował mnie ze swoim znajomym Maurizio, który odegrał kluczową rolę w całej historii. Od tego momentu zaczęliśmy wspólne poszukiwania. Przeszukiwaliśmy internet, wysyłaliśmy wiadomości do różnych miejscowości, kontaktowaliśmy się ze stowarzyszeniami i sprawdzaliśmy każdy możliwy trop. Po wielu miesiącach udało się odnaleźć rodzinę żołnierza.
Jak wyglądał ten pierwszy kontakt z rodziną żołnierza? Jak zareagowali na wiadomość, że Polak mieszkający w Anglii znalazł pamiątkę po ich przodku?
- Na początku podchodzili do tej historii z dużym dystansem. Trudno było im uwierzyć, że po ponad 80 latach ktoś odnalazł nieśmiertelnik ich krewnego w Anglii. Nie mogłem kontaktować się z nimi bezpośrednio, dlatego cała komunikacja odbywała się przez osoby trzecie.
Po pewnym czasie odezwał się do mnie Filippo - wnuk żołnierza, który mieszka w Australii. Początkowo planowaliśmy spotkać się podczas mojego wyjazdu, jednak ostatecznie nie udało się tego zrealizować. Później Filippo powiedział, że byłoby wspaniale, gdybym osobiście przywiózł nieśmiertelnik do Włoch. Szczerze mówiąc, nie trzeba mnie długo namawiać do wyjazdu do Italii. Bardzo lubię ten kraj. Zanim jednak wyruszyłem, musiałem uzyskać dokumenty eksportowe, aby zgodnie z prawem wywieźć znalezisko z Wielkiej Brytanii i przekazać je rodzinie.
Co wiemy o losach tego żołnierza? Jak to się stało, że jego nieśmiertelnik znalazł się w angielskiej ziemi? Czy przeżył wojnę, czy był w Anglii jeńcem?
- Z informacji, które udało nam się ustalić, wynika, że żołnierz został wzięty do niewoli podczas działań wojennych w Tunezji. Następnie został przetransportowany do Anglii jako jeniec wojenny. W tamtym czasie włoscy jeńcy byli kierowani do pracy na farmach. Szacuje się, że podczas II wojny światowej do niewoli aliantów trafiło około 500 tysięcy włoskich żołnierzy, a wielu z nich przebywało właśnie na terenie Wielkiej Brytanii.
Jak wyglądało Pana spotkanie z rodziną żołnierza?
- Kiedy dotarłem do Włoch, zostałem niezwykle ciepło przyjęty przez rodzinę. Zorganizowali uroczysty obiad, podczas którego przez wiele godzin rozmawialiśmy o historii, rodzinie i wojennych losach ich bliskich. To spotkanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto było poświęcić dwa lata na odnalezienie rodziny i osobiście przekazać im tę pamiątkę.
Dzięki tej podróży poznałem również kolejną niezwykłą historię. Dotyczy ona angielskiego żołnierza, który był więźniem wojennym w miejscowości, z której pochodzi Antonio. Kilka razy próbował uciec z niewoli i dopiero trzecia próba zakończyła się sukcesem. Jego historia jest gotowym scenariuszem na film. Do dziś co roku organizowany jest bieg upamiętniający jego ucieczkę, a w miejscowości znajduje się tablica poświęcona tym wydarzeniom.
Pana post na profilu Metal Detecting Buddy osiągnął gigantyczny zasięg (ponad 106 tysięcy odbiorców). Które reakcje lub komentarze internautów najbardziej Pana poruszyły?
- Mój post osiągnął ogromny zasięg i spotkał się z pięknym odzewem. Wiele osób gratulowało mi, że osobiście zawiozłem nieśmiertelnik rodzinie. Dla mnie było to po prostu dokończenie historii. Przy okazji poznałem wielu wspaniałych ludzi i nawiązałem nowe przyjaźnie. Filippo zaprosił mnie nawet do siebie na Bali, gdzie obecnie mieszka. Kto wie, może kiedyś skorzystam z tego zaproszenia.
W mailu do redakcji mocno podkreślił Pan, że są to "legalne poszukiwania". Jak wygląda prawo dotyczące wykrywaczy metali w Anglii i dlaczego współpraca z archeologami i właścicielami ziemi jest tak ważna?
- Ta historia nie wydarzyłaby się, gdyby nie legalne poszukiwania. Od początku zawsze działam zgodnie z prawem. Mam zgodę właściciela terenu, przestrzegam Treasure Act i współpracuję z Finds Liaison Officer w ramach Portable Antiquities Scheme. W Anglii poszukiwania z wykrywaczem metali opierają się na wzajemnym szacunku, odpowiedzialności i współpracy z archeologami. Dzięki temu cenne znaleziska nie trafiają do szuflady, ale stają się częścią historii. To właśnie dzięki temu mogłem legalnie zarejestrować nieśmiertelnik, uzyskać dokumenty eksportowe i przekazać go rodzinie. Gdybym nie przestrzegał przepisów, ta historia prawdopodobnie nigdy nie miałaby takiego zakończenia.
Niektórzy widzą w osobach z wykrywaczami metali "poszukiwaczy skarbów” nastawionych na zysk. Pana historia pokazuje coś zupełnie innego. Czy uważa Pan swoją pasję za misję przywracania pamięci i ratowania historii?
- Cieszę się, że mogłem opowiedzieć tę historię, a właściwie dwie historie. Mam nadzieję, że zainspirują innych i pokażą, że nie wszystko można kupić lub sprzedać. Są rzeczy, których wartość mierzy się pamięcią, emocjami i szacunkiem dla drugiego człowieka.
Jeśli dzięki temu choć jedna osoba spojrzy inaczej na poszukiwaczy z wykrywaczami metali i zrozumie, jak ważne są legalne poszukiwania oraz współpraca z archeologami i właścicielami gruntów, będę miał poczucie, że te dwa lata poszukiwań miały jeszcze większy sens.
Czy to Pana pierwsze tak emocjonalne odkrycie, czy w Pana kolekcji są już inne przedmioty, które czekają na odkrycie swojej ludzkiej historii?
- W swojej kolekcji mam jeszcze wiele znalezisk, a jedno z najcenniejszych bez wahania przekazałem za darmo do muzeum. Dla mnie metal detecting to coś znacznie więcej niż samo kopanie w ziemi. To odkrywanie historii, poznawanie ludzi i przywracanie pamięci o tych, których losy mogły zostać zapomniane.
Dziękuję za rozmowę.