UK: Wybory na północy Anglii mogą zdecydować o tym, kto będzie następnym premierem
"Jesteś z Polski? Uwielbiam Polaków!" - wykrzykuje Fred, wyborca antyimigracyjnej partii Reform UK. Fred to były górnik. Pracował z Jankiem, imigrantem z Polski, który przybył tu po wojnie. "Świetny gość! Jeździliśmy razem na ryby" - wspomina.
Maleńkie Asthon, część Makerfield, przeżywa ostatnio najazd dziennikarzy. W przeddzień głosowania po miasteczku grasują ekipy BBC, Channel 4 i Al-Dżaziry.
Ashton jest oddalone od siedziby premiera Wielkiej Brytanii o około 280 km, a jednak to właśnie Fred i inni mieszkańcy Makerfield zdecydują, czy na Downing Street dojdzie do zmiany lokatora. Laburzysta Andy Burnham po zwycięstwie planuje zastąpić na stanowisku obecnego szefa rządu Keira Starmera.
Freda raczej nie przekona. "Burnham się po prostu nie nadaje" - ocenia. Zwykle głosował na torysów, ale teraz skłania się ku Reform UK Nigela Farage'a. "Farage obniży podatki i chce odesłać wszystkich imigrantów. To dobrze" – podkreśla. A co z Jankiem? "To co innego" - podkreśla Fred, precyzując, że nie ma nic przeciwko imigrantom, którzy ciężko pracują.
Okoliczne miejscowości wyrosły wokół kopalni węgla, które dziś żyją już tylko we wspomnieniach, ale nadal stanowią ważną część lokalnej tożsamości. "Więcej jest duszy w tej sadzy niż w tysiącach miast ze szkła" - pisał lokalny poeta John Togher.
"Ten przemysł zniknął wiele dekad temu" – podkreśla profesor Robert Ford, politolog z Uniwersytetu Manchesteru, dodając, że pod względem gospodarczym okolica nie radzi sobie źle. "Jest tu wiele gospodarstw o dochodach przeciętnych albo nieco wyższych. Wielu kierowców, niskie bezrobocie. To białe, aspirujące przedmieście klasy robotniczej i niższej klasy średniej, z długą historią pracy w górnictwie" - zauważa.
Dla Burnhama droga na Downing Street wiedzie przez tę okolicę, bo zasady Partii Pracy mówią, że szefem ugrupowania może być tylko poseł. Andy Burnham od jakiegoś czasu szukał więc ścieżki, która zawiodłaby go do parlamentu.
W końcu ją znalazł, z pomocą posła Josha Simmonsa, który dał się namówić do rezygnacji z mandatu. Wymusiło to rozpisanie wyborów uzupełniających i sprawiło, że gwałtownie wzrosła liczba dziennikarzy z Londynu rezerwujących bilety kolejowe do Makerfield.
Gdy po przyjeździe do Ashton reporter PAP wszedł na kawę do pubu Robin Hood i włączył komputer, na ekranie pojawił się apel: "Głosuj na Andy'ego w Makerfield!", bo"Team Burnham" zainwestował w reklamy kontekstowe. Cel: pokonać największego rywala, Roberta Kenyona z Reform UK.
Na tych terenach laburzyści od pewnego czasu nie czują się pewnie. Wprawdzie zdobywali tu mandat parlamentarny niezmiennie od czasu utworzenia okręgu w 1983 roku, ale w majowych wyborach lokalnych sukcesy w regionie święciła już prawicowa, antyunijna Reform UK. W referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej w 2016 roku Brexit poparły prawie dwie trzecie głosujących.
Nie znaczy to bynajmniej, że Burnham nie ma szans na wygraną. "Król Północy" - jak już kilka lat temu ochrzciły go media - cieszy się na północy Anglii ogromną popularnością. Zdaniem komentatorów, "efekt Burnhama" może się okazać kluczowy.
Jeśli laburzysta zwycięży, to, według Forda, zmiana na stanowisku premiera będzie raczej kwestią czasu. A jeśli przegra? "Nastanie chaos. Chyba wszyscy w Partii Pracy zdecydowali, że czas Starmera się skończył. Tyle że oczywistej postaci, która mogłaby go zastąpić, nie byłoby (wówczas) na szachownicy" - ocenił.
Przedwyborczą kampanię dobrze widać w przydomowych ogródkach. Gdy ruszyła, obywatele ustawili tabliczki z logo partii lub zdjęciem kandydata, by okazać mu poparcie i zachęcić innych, by na niego głosowali.
Dużo jest też transparentów Reform UK i nowej siły politycznej: Restore Britain. To partia rozłamowców, którzy odeszli z Reform. Ich sztandarowym postulatem są masowe deportacje imigrantów, w tym ludzi mieszkających tu od dekad.
Trudno przewidzieć wynik, bo sondaże sugerują niewielką przewagę Burnhama, wynoszącą średnio kilka punktów procentowych.
"W majowych wyborach lokalnych triumfowała Reform, więc prowadzenie pięcioma punktami jest dobrą wiadomością dla laburzystów. Ale to przewaga zbyt mała, by mogli czuć się komfortowo. Sondaże w pojedynczych okręgach przeprowadza się bardzo trudno, poza tym wyborcy często podejmują decyzję w ostatniej chwili" - podsumowuje prof. Ford.