Mistrzowie ciętej riposty

Niestety, czegoś takiego jak bezwzględna bezstronność w mediach nie ma, co prawda istnieje tzw. szkoła amerykańska, która twierdzi, że jest to możliwe, i co gorsza, próbuje swoim czytelnikom wmówić, że prasa amerykańska ją stosuje. Nie istnieje język, który w sposób bezstronny mógłby przedstawić fakty w sposób logiczny i odpowiadający wzorowi może nie tyle naturalnej, swobodnej mowy, co dobrze napisanego artykułu.
Do prasy można napisać prawie wszystko, o ile wydawca gazety zgodzi się wydrukować, ewentualne konsekwencje może wyciągnąć sąd, ale to się zdarza najczęściej w wypadku tabloidów, które drukują plotki o gwiazdach. Większość mediów jest, mniej lub bardziej, stronnicza, a szczególnie tych, których właściciele lub protektorzy interesują się, lub zajmują polityką. Nie dziwi, zatem że ten, kto ma medium - ma władzę, bo jest tym, który automatycznie steruje nastrojami i opiniami społeczeństwa. Znane przecież są wypadki małych rewolucji, w których głównym celem militarnym nie była siedziba prezydenta-lidera, ale najważniejsza stacja telewizyjna w kraju.
Potyczki na temat bezstronności prasy od dawna zaprzątały głowy nie tylko dziennikarzy, ale także krytyków literackich, polityków, a i samych czytelników, najbardziej zainteresowanych bezstronnie przedstawionymi faktami. Niestety, czegoś takiego jak bezwzględna bezstronność w mediach nie ma, co prawda istnieje tzw. szkoła amerykańska, która twierdzi, że jest to możliwe, a co gorsza, próbuje swoim czytelnikom wmówić, że prasa amerykańska ją stosuje. Nie istnieje język, który w sposób bezstronny mógłby przedstawić fakty w sposób logiczny i odpowiadający wzorowi może nie tyle naturalnej, swobodnej mowy, co dobrze napisanego artykułu.
Każdy dziennikarz ma swoje przekonania, które, nawet jeśli będzie się starał je ukryć (a najczęściej tego nie robi, sugerując swoje przekonania lub jawnie o nich pisząc) zawsze znajdą swoje ujście w jego wypowiedzi, redagowanym tekście, lub edytowanej stronie. Każda gazeta ma wielu współpracowników, którzy mają swoje opinie i mogą, dzięki panującej wolności słowa, je wyrażać. Czy będzie to felieton stwierdzający, że stawianie krzyża przed pałacem prezydenckim to niechybny błąd, czy też wypowiedź, że partia rządząca tworzy oligarchię i zagraża demokracji, a nawet to, że Violetta Villas jest marną śpiewaczką. To wszystko można, ponieważ: w Wielkiej Brytanii można pisać źle o wszystkich – tylko nie o królowej, a w Polsce też można pisać źle o wszystkich, bo długo o wolność słowa walczyliśmy i chcemy teraz z niej korzystać. Prasa istnieje po to, by różne stanowiska się ze sobą ścierały. Przed wojną publicystyka i dyskusje na łamach gazet były normą, czytelnicy śledzili zajadłe dysputy, solidaryzując się z argumentującymi stronami. Była wola tej dyskusji, było na nią miejsce. Dziś rzadko można podobne dysputy spotkać na łamach prasy – w ogóle dyskusja jest słabą stroną Polaków, którzy nie potrafią rozsądnie podważać argumentów przeciwnika i wychodzić ze słownego pola bitwy z uśmiechem. Dyskusja po polsku rodzi gniew, zacietrzewienie i nie wnosi żadnych korzyści. O ile inaczej dyskutują Anglicy, którzy toczą swoje debaty, dla samego sportu, można powiedzieć.
Wymiana myśli - wskazana
Ale, ale - z Polonią nie było, a może i nadal nie jest tak źle, sadząc po liczbie przysyłanych do „Dziennika” listów, i odebranych telefonów z pretensjami o rzekomej stronniczości naszego pisma, a z pewnością całej prasy polskiej. I tak czytelnik, który życzył sobie pozostać anonimowy napisał w liście wydrukowanym 19 lipca „Przez ostatnie trzy miesiące w sprawie 10 kwietnia panowała ‘cenzura’. Po wyborach znowu się zaczyna”, sugerując że „Ludzie z Platformy” ową cenzurę nałożyli w celu zdobycia poparcia dla swojego kandydata na prezydenta. Dalej – tego samego dnia pojawia się kolejny list – od pana Jana Studzińskiego, który krytykuje wypowiedzi felietonistów: Jana Pietrzaka i Bogdana Dobosza „pełne nienawiści i szykanujące Platformę Obywatelską, Bronisława Komorowskiego i premiera Tuska. A te ataki plucia obecna Redakcja z rozkoszą publikuje, widać, że jej to bardzo odpowiada (…)”. Naturalnie nie ma mowy o rozkoszy wiążącej się z publikacją ataków plucia na kogokolwiek, ale publikować trzeba, po to chociażby, żeby czytelnik przeczytał, zbulwersował się, żeby zrodził się ferment, ruch, wymiana myśli, która - kto wie, może doprowadzi do konstruktywnej dysputy. Kto nie dyskutuje, ten się nie rozwija. Ponadto felieton charakteryzuje się tym, że jego autor ma prawo i niejako obowiązek umieszczania w nim swoich refleksji i przemyśleń na temat otaczającej go rzeczywistości, a co więcej ma prawo to zgodnie ze swoimi przekonaniami skomentować, nawet jeśli będzie to zajadła krytyka, czy ociekająca jadem ironia. Felietoniści, dlatego są tak ciekawi, bo zwykle w są w swych opiniach bezwzględni i bez litości – są to zatwardziali prawicowcy, lub skrajni lewicowcy – ich kontrowersyjne opinie, dlatego są tak ciekawe, bo są skrajne. One z założenia są przejaskrawione, – bo one mają budzić emocje, niekoniecznie pozytywne, mają zmuszać do myślenia. W przypadku Bogdana Dobosza nie trzeba się z nim zgadzać, by czytać jego felietony – zjadliwe i całkowicie stronnicze komentarze współczesnej sceny politycznej – wystarczy jedynie poczucie humoru. I gazeta, jaka by ona nie była ma prawo, ba ma obowiązek publikować, trochę z prawej strony, trochę z lewej i trochę ze środka, – bo wtedy może pretendować do miana – może nie bezstronnej, – ale starającej się nią być.
Dodaj komentarz do tego artykułu:




















