Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Amy Winehouse - ze śpiewaniem jest jak z zakochaniem

Amy Winehouse - ze śpiewaniem jest jak z zakochaniem
Jej legenda wciąż żyje... (Fot. Getty Images)
Nikt się nie spodziewał, że informacja o śmierci Amy Winehouse obiegnie 23 lipca cały świat. Choć ostatnie lata jej życia były przejażdżką kolejką górską, ponuro zabarwione uzależnieniem od alkoholu, narkotyków i... byłego męża, ostatnie tygodnie nie zwiastowały końca.
Reklama

"Pojawiła się jak na Amy przystało - wierzgając nogami i drąc się w niebogłosy. Mógłbym przysiąc, że krzyczała najgłośniej ze wszystkich dzieci, które w życiu słyszałem. Amy urodziła się cztery dni po terminie i od tego czasu przez całe życie spóźniała się zawsze i wszędzie" - wspomina moment narodzin córki Mitch Winehouse.

Amy od początku była niespokojnym duchem, zawsze lubiła być w centrum uwagi, a jeśli nie udawało jej się tego osiągać śpiewem, szukała innej metody. Była również bardzo uparta i zawsze potrafiła postawić na swoim, szczególnie, kiedy chodziło o unikanie szkoły, która wyraźnie ją nudziła. Mimo to, była doskonała z matematyki i bardzo lubiła rozwiązywać sudoku...

Amy miała również bardzo wyraźnie nakreślone cele. W liście motywacyjnym dołączonym do podania o przyjęcie do szkoły teatralnej Sylvii Young, które 12-letnia wówczas Amy złożyła bez wiedzy rodziców, pisze tak: "Moim największym marzeniem jest wielka sława. Marzę, by występować na scenie. To mój życiowy cel. Chcę, by ludzie słysząc mój głos, mogli po prostu zapomnieć o swoich troskach choć na chwilę".

Szkoda, że jej piosenki przesiąknięte były emocjami i dramatami, które ona sama przeżywała. "Jestem łatwym celem, ponieważ wychodzę, upijam się i nie przejmuję się konsekwencjami. Nie dbam o zgodę ludzi" - przyznała bez ogródek w wywiadzie dla "Bust".

Pierwsza płyta Amy "Frank" cieszyła się dużym zainteresowaniem. W 2004 roku zajęła ostatecznie 13. miejsce na brytyjskiej liście najlepiej sprzedających się albumów. Jednak dopiero słynne słowa "They tried to make me go to rehab but I said no, no, no" z piosenki "Rehab", z drugiej płyty "Back to Black", okazały się być przepustką do wielkiej sławy i ostatecznie smutnym podsumowaniem życia artystki.

"Jestem swoim najgorszym krytykiem. Jeśli nie zrobię tego, co sobie wymyśliłam, to nie będę zadowolona" - przyznała w ostatnim wywiadzie dla Neila McCormicka z "Telegraph". "Nie jestem urodzoną artystką. Jestem naturalną piosenkarką, ale jestem dość nieśmiała, naprawdę. Nie chcę być sentymentalna, ale to stan podobny do zakochania, kiedy nie możesz jeść, jesteś niespokojny. Ale gdy tylko wejdziesz na scenę, z chwilą, gdy zaczynasz śpiewać, wszystko jest w porządku" - dodała, snując plany na przyszłość...

Chciałabym zostać zapamiętana jako ktoś, kto był pionierem - podkreślała, równocześnie wierząc, że ma na to jeszcze czas. "Przede mną jeszcze wiele lat tworzenia muzyki" - mówiła.

Mitch Winehouse opisał życie Amy jako ciągłą karuzelę, jazdę kolejką górską. Wznosząc się na sam szczyt euforii, kiedy Amy zagrała świetny koncert, była trzeźwa czy pokonała uzależnienie od narkotyków, to nagle spadając w dół, kiedy Amy upijała się do nieprzytomności, wracała zaślepiona miłością do Blake'a czy po terapii ponownie sięgała po narkotyki. Zmarła 23 lipca 2011 roku w swoim domu w Camden Square w Londynie, miała 27 lat. 

 

Komentarze


  • Czytelnik anonimowy
    23 lipca, 17:19

    no coz skonczyla na wlasne zyczenie, laczego rodzina nie uchronila jej , byla uparta? to nie upartosc tylko jakies zaciemnienie...umyslu

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 16.08.2019
GBP 4.771 złEUR 4.354 złUSD 3.928 złCHF 4.009 zł

Sport


Reklama