Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Sfrustrowany Boston chce "dać kopniaka" głównym partiom

Sfrustrowany Boston chce
W 2011 roku dystrykt liczył 64 637 mieszkańców. (Fot. Getty Images)
Apatia, frustracja z powodu przeciągającego się procesu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i chęć pokazania głównym partiom, że nie odpowiadają na potrzeby wyborców, dominowały w Bostonie przed czwartkowymi wyborami samorządowymi. Wśród kandydatów są także Polacy.
Reklama

Niewielki Boston przez lata był pokazywany przez media jako jeden ze skrajnych przykładów następstw rozszerzenia Unii Europejskiej z 2004 roku - w tym o Polskę - dla brytyjskiego społeczeństwa.

W ciągu 15 lat do miasteczka napłynęły tysiące imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. Dziś szacuje się, że nawet co piąta lub szósta z 65 tys. osób mieszkających w tych okolicach to przybysz z innej części starego kontynentu. Co dziesiąty - to Polak.

W środowe popołudnie, dzień targowy, na bostońskim rynku, jednym z największych w Anglii, było tłoczno. Ponad 20 proc. mieszkańców miasta, powyżej krajowej średniej, jest w wieku emerytalnym i wielu seniorów kręci się między obficie zaopatrzonymi straganami.

Boston stał się jednym z najbardziej eurosceptycznych miast w Wielkiej Brytanii. (Fot. Getty Images)

Jest co sprzedawać, bo lokalna gospodarka opiera się głównie na produkcji żywności - świeżej i mrożonej; swoje zakłady ma tu m.in. międzynarodowy gigant Bakkavor. Rozwinięte są także branże transportowa i logistyczna, które obsługują miejski port, przez który do Wielkiej Brytanii trafiają m.in. stal i drewno. Wiele firm potrzebuje konkurencyjnej cenowo siły roboczej, co tłumaczy, dlaczego miasto przyciągnęło tylu imigrantów zarobkowych.

Jednak po części przez te zmiany Boston stał się też jednym z najbardziej eurosceptycznych miast w Wielkiej Brytanii. W referendum ws. członkostwa w UE z 2016 roku aż 75,6 proc. wyborców opowiedziało się za opuszczeniem Wspólnoty, wskazując na dramatyczne tempo imigracji, w tym z Polski, jako główny powód swojej decyzji.

Nasi rozmówcy przyznawali, że choć obecność imigrantów być może ma pozytywny wpływ na lokalną gospodarkę, to "niektóre części tego miasta przypominają obcy kraj". Wskazywali na zasłyszane, choć często nieprawdziwe, historie o przestępstwach i problemy wynikające z braku znajomości języka angielskiego.

Pomimo trwającej w kraju kampanii przed czwartkowymi wyborami samorządowymi w Bostonie próżno było szukać śladu polityków czy aktywistów. Nikt nie rozdawał ulotek, a wyborcy nie chcieli nawet na ten temat rozmawiać. "Wybory? Nie interesuje mnie to" - machali rękoma w odpowiedzi na nasze pytania.

Ich postawę wyjaśnił Colin, właściciel jednego ze straganów. "Kraj jest w takim stanie, w szczególności z Brexitem, że po co (głosować)? Mówią teraz o drugim referendum: my zagłosowaliśmy już w poprzednim! Nie ma się co tym zajmować" - irytował się.

"Widzisz, co się dzieje z tym miastem, wszystkie sklepy się zamykają. To nie jest zbyt dobra sytuacja, a mam poczucie, że niezależnie od tego, jak zagłosujemy, to i tak niczego to nie zmieni" - tłumaczył. Pytany, co dokładnie musi ulec zmianie, przyznał: "nie wiem".

To powtarzający się wątek w wypowiedziach mieszkańców Bostonu, sfrustrowanych rosnącymi cenami mieszkań i wynajmu powierzchni handlowej przy jednym z niższych w skali kraju wskaźników jakości życia. "Dopiero co zamknął się Marks&Spencer" - mówili, wskazując na pusty budynek po domu handlowym w rogu placu.

Mieszkańcy Bostonu są sfrustrowani rosnącymi cenami mieszkań i wynajmu powierzchni handlowej przy jednym z niższych w skali kraju wskaźników jakości życia. (Fot. Getty Images)

Ubrana elegancko Claire argumentowała, że wyborcom będzie "bardzo trudno zdecydować, kogo poprzeć, bo wszyscy są pogrążeni w tym samym bałaganie i nikt nie zna rozwiązania".

"Obecny rząd nie poradził sobie zbyt dobrze z procesem (Brexitu), ale partie opozycji też są podzielone. Na kogo w takiej sytuacji głosować? Nie mam pojęcia" - przyznała.

"W dniu wyborów będzie sporo ludzi, którzy nie oddadzą głosu lub głosy podzielą się na inne partie, może lokalnych kandydatów. (...) Ludzie chcą, żeby (niezadowolenie z głównych partii) było zauważone" - oceniła.

Jedną z kandydatek w wyborach do rady gminy jest 33-letnia Anna Szwedzińska, która ubiega się o mandat z ramienia rządzącej w kraju Partii Konserwatywnej i chce być "w stu procentach polską radną w Bostonie w Wielkiej Brytanii".

"Jestem tu od ośmiu lat. Zajmowałam się przeróżnymi rzeczami: (...) przyjechałam do pracy w polu i tak później ewoluowałam, że teraz jestem tutaj, we własnym biurze, zajmując się sprawami finansowymi i w szczególności ubezpieczeniami" - mówiła w rozmowie z polskimi mediami.

"W Bostonie i okolicach mieszka nas bardzo dużo, Polaków i przyjezdnych z innych krajów UE. Część z nich powolutku zjeżdza do domu, bo nie każdy czuje się bezpiecznie pod kątem brexitu, ale jest też część, która się tutaj zadomowiła i nie chce wyjeżdzać" - tłumaczyła.

Jak zastrzegła, sama nie odczuła nigdy wrogości, "ale w rozmowie z ludźmi na mieście to (...) czasami mówią, że odczuwają taki nastrój, nie każdy nas tutaj poważa, bo jesteśmy z innego kraju i nie mówimy w ich ojczystym języku".

"Najgorszy problem jest z generalizacją, że (...) przypisuje się nam różne złe rzeczy, które dzieją się w tych okolicach, a prawda jest taka, że jednostka nie może zaważyć na opinii społeczności" - podkreśliła.

Szwedzińska zaznaczyła, że podjęła decyzję o starcie z ramienia Partii Konserwatywnej. "Choć z tą naszą Theresą May i Brexitem jest różnie, to jednak są niektóre postulaty, z którymi się zgadzam" - wyjaśniła.

"Ja nie mam nic przeciwko (Brexitowi), póki wszystko będzie załatwione mądrze i z głową; póki będziemy mieli dostęp do tego kraju, jak dotychczas; przepływ towarów i pieniędzy pozostanie bez zmian" - tłumaczyła, pytana o kwestię, która dominuje w brytyjskiej polityce.

Jak dodała, gdyby doszło w Wielkiej Brytanii do drugiego referendum, to głosowałaby za wyjściem z Unii Europejskiej. "Te decyzje zostały podjęte już wcześniej, więc pójdźmy za ciosem" - zaznaczyła.

W swoim okręgu wyborczym - Witham - Szwedzińska będzie walczyć o jeden z dwóch mandatów z sześcioma innymi kandydatami, w tym jeszcze jednym z Partii Konserwatywnej Alastairem Hamiltonem i urzędującą radną z radykalnie prawicowej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Viven Edge.

W ciągu 15 lat do miasteczka napłynęły tysiące imigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej. (Fot. Getty Images)

"Oni wiedzą, że my już tutaj jesteśmy i większość z nas tutaj pozostanie. Nie można nas izolować, tylko przyjąć do siebie. Są tacy, którzy wnoszą dużo do tego kraju; są wykształceni, a pracują poniżej swoich kwalifikacji. Tym ludziom trzeba dać szansę" - przekonywała, opowiadając o planach bycia "polskim adwokatem" w lokalnej radzie, a także budowy skate parku lub nawet nowego mostu.

"Nasze polskie dzieci już są zangielszczone, ciężko byłoby je zabrać z powrotem i wyjechać do Polski. Są rodziny, które podejmują takie kroki, ale są też takie, które sobie tego nie wyobrażają i planują już tutaj zostać, do końca. To kwestia językowa: dzieci mówią, myślą i śnią po angielsku" - zauważyła.

Podczas rozmowy Polka wręczyła ulotki kilku wyborcom, w tym m.in. w polskim salonie piękności. Napotkany Brytyjczyk był jednak mniej przekonany.

"Nie mogę głosować na konserwatystów. Wiem, że Brexit nie ma nic wspólnego z lokalnymi wyborami, ale mam jednoznaczne zdanie na temat tego, co się dzieje i nie jestem zadowolony ani z Partii Konserwatywnej, ani z Partii Pracy. Zagłosowaliśmy za wyjściem i powinniśmy wyjść, choć z porozumieniem o możliwie najbliższej współpracy" - tłumaczył.

Pytany o motywy, powiedział wprost: "Theresa May popełniła duże błędy, jeśli chodzi o strategię i ocenę sytuacji, a Jeremy Corbyn nie słuchał tego, co mu się mówi. Myślę, że będziemy wyglądali w oczach świata, nie tylko Europy, jak idioci i wcale mi się to nie podoba".

"Myślę, że Partia Konserwatywna dostanie kopniaka w tych wyborach, Partia Pracy też. To będzie szansa dla innych ugrupowań" - skończył.

Od redakcji: 

Wstępne wyniki czwartkowych wyborów samorządowych w Anglii pokazały, że rządząca Partia Konserwatywna i opozycyjna Partia Pracy zanotowały straty, co jest wyrazem frustracji brytyjskich wyborców związanej z przedłużającym się procesem wyjścia kraju z UE.

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 2.43 / 7

Komentarze


  • Hmm
    9 maja, 14:23

    W Birmingham mieszka tylko 65% brytyjczykow,i jakos zyja.W calym swiecie jest tak ze w malych miejscowosciach i wioskach jest mala tolerancja.Ja wiem czego trzeba ludziom: zeby kazdy mial prace i duzo zarabial-czyli trzeba zmusic pracodawcow zeby wiecej placili,najwyzej beda mieli mniej dla zony i sobie nie pouzywaja:)A pogorszajaca sie gospodarka nie jest przez brexit,a nie p[rzez imigrantow z europy wschodniej-ale ich najlatwiej obwinic.Przeciez nadal obowiazuja stare przypisy-dlaczego winic brexit?-pozatym imigrant zarobkowy jest lepszy dla gospodarki niz rodowity mieszkaniec.

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 15.07.2019
GBP 4.752 złEUR 4.267 złUSD 3.786 złCHF 3.851 zł

Sport


Reklama