Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Polska imigracyjna historia teraz dostępna po angielsku

Polska imigracyjna historia teraz dostępna po angielsku
Autorka ze swoją książką. (Fot. Gazeta - Dziennik Polonii w Kanadzie)
Książka Liliany Arkuszewskiej pt. "Czy było warto. Odyseja dżinsowych Kolumbów" ukazała się w wersji angielskiej. Z autorką rozmawia Małgorzata P. Bonikowska z "Gazety - Dziennika Polonii w Kanadzie".
Reklama

Liliana Arkuszewska urodziła się w 1956 roku. Wyrastała w Szczecinie. W 1981 roku wyjechała z rodziną do Paryża. Po ośmiomiesięcznym pobycie nad Sekwaną wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Ottawie. Nowe realia życia zmusiły ją do przekwalifikowania się z geodety na grafika i poligrafa. Przez kilka lat pracowała w firmie telekomunikacyjnej Mitel jako Projektant Graficzny w dziale Global Creative Services and Marketing, a od 1993 roku jako Menedżer Redakcji Technicznej w Agencji Reklamowo-Wydawniczej Nortext Multi Media. Miłośniczka morza i tropiku – spędza każdą zimę w ukochanym Meksyku.

Dzisiaj, parę tygodni po publikacji książki Liliany Arkuszewskiej w tłumaczeniu na angielski, zapraszam do przeczytania mojej rozmowy z autorką.

Małgorzata P. Bonikowka: Dlaczego napisałaś tę pierwszą książkę, po polsku? 

Liliana Arkuszewski: - Zanim zabrałam się za pisanie książki, zastanawiałam się czy napisać ją po polsku czy po angielsku. Nie trwało to jednak długo, bowiem szybko zdałam sobie sprawę, że aby wiernie odtworzyć sytuację polityczną i gospodarczą ówczesnych czasów w Polsce oraz dokładnie wyrazić słowami życiowe paradoksy i emocje na drodze emigracyjnej, historia musi być pełna niuansów i z tego względu, zdecydowałam posłużyć się językiem ojczystym.

Jednak nie był to jedyny powód. Drugim były nieustające pytania znajomych i przyjaciół, których zostawiłam w rodzinnym mieście. Odwiedzając Szczecin, zawsze byłam zasypywana pytaniami o emigrację. Wszyscy byli ciekawi naszych przeżyć w Paryżu, a następnie w Kanadzie, łakomi wiadomości w jaki sposób daliśmy sobie radę ze znalezieniem mieszkania, z językiem, z pracą i jak wygląda życie w naszym nowym, dla wielu egzotycznym świecie.

Nawet po zmianie ustroju w Polsce zjawisko emigracji nie przeminęło z wiatrem. Dylematy, z jakimi borykała się moja generacja, są wciąż żywe. Choć częściowo odmienne od tamtych sprzed lat, to przewodnie hasło „polepszyć sobie byt” pozostało aktualne dla wielu Polaków. Po części napisałam tę książkę dla nich.

Książka została znakomicie przyjęta. Jak sądzisz: dlaczego, co słyszałaś od swoich czytelników?

- Dziękuję. Tak, to prawda. “Czy było warto. Odyseja dżinsowych Kolumbów” została odebrana bardzo pozytywnie. Wyrażane w recenzjach pochwały, słowa uznania i zafascynowanie książką dodały mi animuszu, a najbardziej wzruszały mnie spontaniczne, szczere recenzje czytelników:

… Każdą przeczytaną stronę przeżywam osobiście i nieważne jest gdzie się akcja rozgrywa – dla Liliany Paryż – Ottawa, dla mnie Austria – Toronto. Ta książka jest również o mnie! Dziękuję Lilianie za tak wspaniały podarunek… Jestem przekonana, że setki polskich emigrantów niebawem też to uczyni.

… Jest to współczesny epos napisany szalenie współczesnym językiem, pełnym charakterystycznych dla naszego pokolenia neologizmów i językowych majstersztyków. A tematem, samo życie! Bardzo ciekawe, odważnie i uczciwie “odsłonięte”…

… Nie pamiętam, żebym czytała tak pozytywną książkę. Ona uwolniła moją duszę. Dzięki niej poznałam Lilianę, razem z nią płakałam, razem z nią się śmiałam. Czytając z zapartym tchem, czułam, że po tej książce i moje życie się zmieni. Liliana zainspirowała mnie, dała mi motywację do działania. Teraz wiem, że i ja osiągnę to, o czym śniłam od dłuższego czasu. 
Ta książka posiada w sobie jakąś niespotykaną siłę. Oczarowała mnie.

Dla autora takie reakcje są najcenniejszą nagrodą.

A jaki Twoja książka miała zasięg?

- Tego nie jestem pewna. Wiem, że poza Polską trafiła na półki księgarń w Kanadzie – w Montrealu, w Toronto i Vancouver, w USA – w Chicago, Nowym Jorku, Detroit, Los Angeles i Stevens Point w Wisconsin. Z tych miejsc dostałam podziękowania e-mailowe. Również pocztą elektroniczną otrzymałam korespondencję od czytelników z krajów Unii Europejskiej, takich jak Włochy, Szwecja, Niemcy, Francja. Dowiedziałam się, że książka jest także w Bibliotece Paryskiej. Zawędrowała nawet do dalekiej Australii.

Skąd pojawił się pomysł przetłumaczenia książki na angielski i jak przebiegał ten proces?

- Nie ukrywam, że po napisaniu książki i kiedy zwolniłam z promocją, przeleciała mi przez głowę myśl, że może warto byłoby przetłumaczyć tę książkę na angielski. Rozważałam, kto ewentualnie mógłby to zrobić. Byłam przeświadczona, że musi to być osoba doskonale mówiąca po angielsku, wykształcona tutaj, w Kanadzie lub w Stanach i dobrze czująca nasze polskie uwikłania i życiowe łamigówki. I najlepej by było, żeby jeszcze miała doświadczenie w pisaniu książek. Nie znałam takiej, więc pomysł poszedł w zapomnienie.

Po jakimś czasie pierwszymi, którzy zaczęli na głos o tym mówić, byli czytelnicy. Dopominali się wręcz angielskiej wersji książki, aby ich dorosłym już dzieciom uświadomić, dlaczego i w jaki sposób przebiegała droga ich rodziców, którym zawdzięczają komfortowe życie w kraju jakim jest np. Kanada. Krótko potem, zaczęli mnie namawiać moi kanadyjscy i amerykańscy przyjaciele.

Cztery lata temu zostałam zaproszona przez panią Bożenę Leven, dyrektorkę PIASA (Polish Institute of Art and Science of America) do Nowego Jorku na spotkanie z czytelnikami, czyli tak zwany book signing.

Przyjęłam zaproszenie z radością i razem z mężem pojechaliśmy do Big Apple, gdzie mieliśmy kilkoro znajomych – czytelników “Czy było warto”.

PIASA mieści się na Manhatanie, a że Mathatan kojarzy się ze splendorem, byłam bardzo podekscytowana, ale i podenerwowana. Na szczęście, trema zniknęła zaraz po wejsciu do Instytutu, jako że przy drzwiach czekali na mnie entuzjaści mojej książki.

Impreza – przemiła, pogodna i nastrojowa, odbyła się w przytulnej  sali, w kameralnej atmosferze. Po niej, w sali obok, była kawa, słodkości i dalsze rozmowy. Niespodziewanie znowu pojawił się temat tłumaczenia. Pani Bożena zaproponowała, że mi pomoże w uzyskaniu funduszy, a jeden z uczestników imprezy o imieniu Mariusz zapewniał, że zna i podeśle mi znakomitego tłumacza.

Podekscytowała mnie ta propozycja i temat odżył.

Następnie było pisanie wniosku (tzw. proposal) – i tu muszę podkreślić pomoc męża, Andrzeja Arkuszewskiego. To on nad nim pracował.

Potem wniosek został wysłany w odpowiednie miejsce i trzeba było czekać. Niestety fundusz, na jaki Pani Bożena liczyła, został przeznaczony nie na tłumaczenie książki o polskich emigrantach tylko na piknik. Sprawa upadła.

Wtedy już zupełnie zarzuciłam zamiar przetłumaczenia książki. Mówiąc potocznie, dałam sobie spokój.

Ponad dwa lata temu zostałam zaproszona przez panią Ewę Zadarnowską, prezes Federacji Polek w Kanadzie w Ottawie, na kolejne spotkanie z czytelnikami w ottawskim Domu Polskim. Ku mojemu zdziwieniu, w dużej sali zebrało się bardzo dużo ludzi. Nim pani Ewa zdążyła mnie przedstawić, doszło ich tak wielu, że trzeba było dostawiać stoły. Było to jedyne spotkanie z czytelnikami, na które przyszli bohaterowi książki, czyli mój mąż Andrzej, nasza córa Patka, i moja siostra ze szwagrem, Małgorzata i Sławomir Patoccy. 

Może dlatego, że Ottawa jest miastem, w którym mieszkamy, atmosfera była wprost urocza – rozmowy, zagorzałe dyskusje, a nawet czytanie fragmentów książki.

I nim wszyscy zdążyli się rozejść, temat przetłumaczenia mojej powieści powrócił jak bumerag. Pani Ewa i znana postać w polonijnym gronie, pan Józef Semrau, prezes Fundacji Dziedzictwa w Kanadzie, obiecując pomoc w realizacji przedsięwzięcia zachęcili mnie do działania. Mariusz z Nowego Jorku sprawił, że rekomendowany przez niego, potem wybrany przeze mnie jedyny tłumacz, jakiego sobie życzyłam, przyjął propozycję i przy wspólnej, trwającej dwa lata intensywnej pracy, przy nieustającym wsparciu Andrzeja i Józefa Semraua plus zespołu wydawniczego w Anglii, cel został zrealizowany.

28 lipca 2019 roku, wydawnictwo Troubador/Matador w UK wprowadziło na rynek “Was It Worth It. Columbus in Jeans”.

Na opisanie szczęścia i poczucia spełnienia brakuje mi słów.

Kim jest tłumacz książki i dlaczego jego akurat wybrałaś?

- Książkę przetłumaczył Charles S. Kraszewski. To dobrze znane nam, Polakom, nazwisko, choć on nie jest spokrewniony z tym polskim pisarzem, publicystą, wydawcą oraz autorem największej w historii literatury polskiej liczby wydanych książek i wierszy. Natomiast samo nazwisko potraktowałam jako zwiastun czegoś dobrego.

Charles S. Kraszewski, mimo młodego wieku, jest profesorem, slawistą i wielokrotnie nagradzanym tłumaczem z języka polskiego, czeskiego, słowackiego, greckiego i łaciny na język angielski. Opublikował kilka swoich przekładów literatury polskiej i czeskiej, między innymi „Dziadów” Adama Mickiewicza. Jest również pisarzem i poetą.

W trakcie tworzenia wniosku, z jakim występował PIASA, p. Bożena przysłała mi dodatkowo dwa nazwiska rekomendowanych tłumaczy, aby do wniosku można było dołączyć ceny i uzasadnić dlaczego do tego projektu wytypowałam właśnie C.S. Kraszewskiego. Tak więc otworzyłam książkę, wybrałam z niej dwie strony i wysłałam je do każdego z tłumaczy.

Pierwszy odpowiedział Kraszewski, dosłownie po 15 minutach, podał cenę, zdeklarował się, że przetłumaczy książkę w ciągu czterech miesięcy i w załączniku przysłał tłumaczenie. Jakby wytrzepał je z rękawa. Byłam totalnie zaskoczona. Drżałam, otwierając przysłane strony. Potem z bardzo dziwnym uczuciem (miałam wrażenie, jakbym czytała inną książkę) połykałam linijkę po linijce. Andrzej, czekając aż skończę, uśmiechał się pod nosem.

– No i jak? – zapytał, gdy przeniosłam wzrok z komputera na niego.

– Rewelacja! Ten facet mnie czuje! Posłuchaj, na przykład w tym miejscu… – przeczytałam akapit – nawet przesadził, żeby dokładnie oddać atmosferę i sens, o jaki mi chodziło.

Następni odezwali się na drugi dzień, serdecznie podziękowali za ofertę, podali cenę oraz powiadomili mnie, że tłumaczenie dwóch stron, które im wysłałam, wyślą mi w ciągu tygodnia, a proces tłumaczenia pięciuset stron zajmie rok.

Z niezmierną ciekawością czekałam na pozostałe teksty. Przyszły. Jeden po tygodniu, następny po dziesięciu dniach. Nie można im było nic zarzucić. Oba były poprawnie przetłumaczone, lecz brakowało w nich energii, maniery, tej typowej dla pewnej grupy Polaków specyfiki.

Wybór nie był trudny, C.S. Kraszewski okazał się zdecydowanie najlepszy.

Po jakimś czasie napisała do mnie e-mail młoda kobieta z Polski, wykształcona w Kanadzie, że jest zainteresowana przetłumaczeniem mojej powieści. Jej również wysłałam te same strony. Otrzymałam je w języku angielskim po tygodniu i po przeczytaniu moja reakcja była dokładnie taka sama jak poprzednio – tłumaczenie poprawne, ale niestety zabrakło w nim tego czegoś, o co mi chodziło. Po ottawskim spotkaniu z czytelnikami, kolejne dwie osoby wyraziły zapał do przetłumaczenia „Czy było warto” i sytuacja powtórzyła się. Wtedy byłam już pewna na 100 procent – książkę przełoży nikt inny, tylko Charles Kraszewski.

Mogłam zaufać tylko jemu.

Jak wyglądała praca – czy miałaś wpływ na efekt końcowy?

- Nie trafiłam z czasem, ponieważ C. Kraszewski, przebywający wówczas na kontrakcie w Anglii, był zajęty innym projektem, ale obiecał, że wywiąże się z obowiązku w ciągu niecałego roku. 

Tekst książki posłałam mu – o ile dobrze pamiętam – na początku lipca 2017 r. Pierwsze dwa pliki, co było mniej więcej połową książki, otrzymałam w styczniu, kiedy byliśmy już w Meksyku, gdzie spędzamy zimy.

I tu muszę dodać, że nie miałam bezpośredniego kontaktu z Kraszewskim. Wszystko co mu wysłałam i wszystko co od niego otrzymałam było za pośrednictwem jego agenta, którym był  – nie trudno zgadnąć – nikt inny jak Mariusz z NYC. Nie przeszkadzało mi to, bo zaraz po bezzwłocznym przeczytaniu obu plików byliśmy z Andrzejem cali happy. Tekst czytało się gładko, każde zdanie łączyło się z następnym, fabuła płynęła wartko i przejrzyście. Gdy otrząsnęłam się z zachwytu wysłałam pliki do Józefa Semraua, który zaoferował mi zredagowanie tekstu. Od następnego dnia zaczęła się praca – skrupulatne czytanie i poprawianie rozdziałów. Każdy z nas bardzo szybko zorientował się, że historia została przetłumaczona nie na kanadyjski ani nie amerykański angielski, lecz na British English. Z jednej strony dodało to książce klasy i prestiżu, lecz z drugiej strony tworzyło zamęt w głowie, utrudniający pracę. W tekście, na komputerze pojawiało się mnóstwo podkreśleń czerwonym wężykiem, a słowa nieużywane na północno-amerykańskim kontynencie trzeba było nieustannie sprawdzać w brytyjskim słowniku. Muszę przyznać, że bez pomocy Józefa Semraua, który okazał się profesjonalnym copy editorem, byłabym w „sempiternie pani Malinowskiej”.

Wspólna praca posuwała projekt do przodu. Byłam zobligowana odesłać skorygowany tekst po miesiącu, co nie wyszło, aczkolwiek po ekstra dziesięciu dniach poprawione pliki poszybowały do Mariusza.

Druga połowa tłumaczenia przyszła w maju 2018. Z miejsca posłałam ją do p. Semraua i entuzjastycznie przystąpiłam do czytania. Po chwili, wybałuszyłam oczy… O rany boskie! – złapałam się za głowę. – Cóż to za Caramba?! Jakieś niedorzeczne pomieszanie z poplątaniem. Krew się we mnie zagotowała. Podczas gdy czytałam w panice, zadzwonił p. Józef z jednaką reakcją. Nie miałam innego wyjścia jak odesłać plik z powrotem do Mariusza.

Mariusz skontaktował się ze mną w lot. Wyjaśniłam problem i na drugi dzień otrzymałam nowy plik, wcale nie lepszy od poprzedniego. I tak jeszcze ze dwa razy, aż Mariuszowi nie pozostało nic innego, jak tylko skontaktować mnie z Kraszewskim.

Po wymianie korespondencji, doszliśmy do wniosku, że zaistniał problem między komputerami, czyli compatibility issue. I od tamtej pory pracowaliśmy w trójkę – Kraszewski, Semrau i ja.

W ten sposób, wspólnymi siłami dobrnęliśmy do końca.

Przez cały proces, jako autor, miałam decydujące zdanie w sprawie treści książki, włącznie z efektem końcowym.

Opowiedz o wydawnictwie, które wydało Twoją angielskojęzyczną książkę.

- Znalezienie wydawcy było misją Andrzeja. Najpierw szukał w Kanadzie, jednak szybko wyczytał, iż większość wydawnictw została wykupiona przez wydawnictwa w USA. A z wydawnictwami amerykańskimi było tak jak z szukaniem igły w stogu siana. Kompletny busz. Wszak ten kto szuka, znajduje.  I Andrzej znalazł! Wydawnictwo Troubador/Matador w Anglii.

Jak to Andrzej, sprawdził dokładnie referencje, przeanalizował proces wydawniczy, prześledził w necie wydane przez nich książki oraz sprawdził dystrybucję i marketing. Zadzwonił, porozmawiał z kim trzeba, po czym skonsultował sprawę ze mną. Dał mi adres i powiedział: “Wyślij elektronicznie książkę do zaakceptowania”.

Wysłałam z marszu i następnego dnia – 11 grudnia 2018 roku, otrzymałam informację:

Dear Liliana,

Thanks for your email and providing me with your manuscript for our consideration.

We wil review your work and get back to you within the next two weeks.

A 14 grudnia, czyli po dwóch dniach kolejną informację:

Dear Liliana,

I hope this email finds you well.

I can confirm that we’d be happy to publish “Was It Worth It” for you…

Krzyknęłam radośnie do Andrzeja:

– Victoria! Zostałam zaakceptowana! – po czym kontynuowałam czytanie litanii na ponad stronę, już bardzo spokojnie i uważnie, gdzie zostałam poinformowana o planowanym dniu oficjalnego wydania książki, wstępnie wyznaczonym na 28 lipca 2019.

Praca nad wydaniem książki przebiegała zgrabnie. Załoga Troubador/Matador składała się z profesjonalistów, więc bardzo łatwo było mi się z nimi porozumieć. Okazali się pomocni, wyrozumiali i cierpliwi, na przykład, kiedy męczyłam ich zmianą strony tytułowej, czy też grafiką stron dzielących części książki, jak i potrzebą dodatkowego czasu na zatwierdzenie sformatowanego tekstu.

Proces wydawniczy trwał od 14 grudnia 2018 roku do 28 lipca 2019 roku, kiedy to oficjalnie książka “Was It Worth It” została wydana… Lecz w zasadzie trwa do dzisiaj. 5 dni temu wyszedł oficjalnie e-book. Pozostałe akcje marketingowe wciąż trwają.

Nie ma szybko i nie ma łatwo, jak zwykłam mówić.

Co teraz? Jakie są plany, aby książka stała się znana w swojej wersji angielskiej?

- Książka poszła w świat i świat ją będzie oceniał.

W momencie opublikowania, powieść ukazała się na Amazon UK, Amazon USA i Amazon Canada. Poszybowała nawet do Japonii. Tam mnie jeszcze nie było! Tymczasem pozostał najtrudniejszy etap pracy, czyli promowanie książki.

Rozpoczęłam od artykułu do „Panoramy” Radia Montreal, a po kilku dniach miałam audycję radiową z Bożenę Szarą w Radiu Montreal. Planuję spotkanie z czytelnikami i radio, w pierwszym rzędzie w Ottawie, a potem – zobaczymy gdzie mnie los poprowadzi. Przede mną jeszcze długa droga do celu, a sumienie męczy na skutek zawieszenia pisania II tomu „Czy było warto”, ze względu na pracę nad “Was It Worth It”.

O ile do promocji angielskiej książki muszę pilnować dzisiejszości, mocno stojąc nogami na ziemi, o tyle do pisania potrzebuję unieść się w przestworza, cofnąć o dwadzieścia lat i uwolnić emocje przeszłości.

Wierzę, że zdołam sprostać obu zadaniom.

Ja nie mam żadnych wątpliwości…

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.6 / 5

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 20.09.2019
GBP 4.928 złEUR 4.344 złUSD 3.932 złCHF 3.967 zł

Sport


Reklama