Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Thad's Place!

Podróż za milion zdjęć: Thad's Place!
Nurkowanie podczas wolontariatu w Centrum Nurkowym na Filipinach. (Fot. FB/Tomasz Dworczyk)
Czyli o pewnym gościu i o tym, jak zakończył się jego wakacyjny wypad na Filipiny.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Apo Island to miejsce, w którym osiadł pochodzący z Hawajów Amerykanin. Poczas przygotowań do nurkowania zawsze towarzyszyły mu dzieciaki, pomagały przynosić sprzęt i z zainteresowaniem patrzyły jak składa do kupy rury i butle przed wejściem pod wodę… Podziwiały wszystkich, którzy zwiedzali podwodny świat ich własnego kraju wiedząc, że same nigdy nie będą miały takiej możliwości. Wypytywały o wszystko: jakie to uczucie być pod wodą, jak wygląda życie rafy koralowej i jakie gatunki morskich stworzeń napotkali nurkowie tym razem...

Dzieciaki też chciały nurkować, ale ze względu na ceny nie było je na to stać. To był moment, w którym Thad zrozumiał, że może spełnić ich marzenia, udostępniając własny sprzęt i pokrywając koszty napełnienia butli powietrzem! Widząc zapał młodych płetwonurków zrozumiał, że może zapewnić im przyszłość, jeśli zorganizuje kursy dla lokalnych mieszkańców.

Tak właśnie narodził się obóz na plaży “Thad’s Place”. Mieszkańcy, którzy zaangażowali się w projekt, odpracowywali swoje kursy nurkowania pomagając w rozbudowie. Zaczęło się od kilku namiotów i hamaków, a skończyło na kompleksie bambusowych chat dostępnych dla każdego. Z czasem coraz więcej osób mogło szkolić się pod okiem… filipińskich instruktorów, płacąc jedynie za uzupełnienie butli kilka dolarów!

Normalna cena za zejście pod wodę to 1200 peso. Tutaj Filipińczycy mogli nurkować za dwie stówy. Obozowisko Thada szybko rozrosło się i zyskało ogromną popularność wśród podróżujących wolontariuszy, chętnych do pomocy w projekcie. Dzięki temu każdy o ograniczonym budżecie mógł spełnić marzenia o zobaczeniu podwodnego świata.

Mieszkałem z 30 osobami z całego świata, a każdy miał przydzielony coraz to nowszy projekt.

Codziennie ubywało 5 osób, a przybywało 7, albo na odwrót. Poznawałem coraz to innych podróżników. Razem sprzątaliśmy plażę, zajmowaliśmy się wyławianiem plastiku z dna oceanu, uczyliśmy innych nurkowania albo stawiania bambusowych zabudowań. Za to tubylcy pokazywali nam jak przyrządzać lokalne potrawy… na ognisku!

To tutaj dokończyłem kurs płetwonurka i zdobyłem certyfikat uprawniający mnie do nurkowania na całym świecie.

Kto pamięta moją historię z Indonezji wie, że mimo ukończenia kursu w Polskim Centrum Nurkowym na Bali zostałem oszukany i pozostawiony bez uprawnień. Widocznie tak miało być, bo gdyby nie ta przykra historia z "Januszem Biznesu", pewnie nigdy nie trafiłbym do wioski na rajskiej plaży Apo Island.

W "Thad's Place" zajmowałem się tam także marketingiem. Zamieszczałem zdjęcia i film promujący to miejsce, aby przyciągnąć jak najwięcej ludzi chętnych do wyrobienia uprawnień za niewielkie pieniądze.

Dla turystów cena kursu na płetwonurka wynosiła jakieś 800 zł. To pokrywało szkolenie, sprzęt, nocleg, siedem zejść pod wodę i wystawienie licencji PADI. Pieniądze przeznaczane były na pokrycie kosztów szkolenia młodych Filipińczyków.

Ci, którzy mieli już certyfikat i chcieli tylko zejść pod wodę i podziwiać ten wyjątkowy świat, mogli to zrobić za cenę jedynych 50 złociszy. Zebrane pieniądze miały pokryć budowę ogrodzenia wokół szkoły, położonej przy ruchliwej drodze, a także zakup butów dla lokalnej drużyny koszykówki. Płot mieliśmy zbudować sami, zbieraliśmy tylko na materiały budowlane.

Miałem tu spędzić dwa tygodnie, a już wiedziałem, że zostanę kolejne dwa, a może i dłużej! Zaangażowałem się w ten projekt bardziej, niż w montowanie własnych filmów z podróży i postanowiłem odpuścić sobie wyjazd do momentu ukończenia projektu.

Koszty życia na Filipinach nie przekraczają osiemnastu złotych dziennie. Mieszkałem na plaży, z widokiem na całą galaktykę w nocy i przepiękne wschody słońca w dzień. Wylegiwałem się w hamaku z laptopem i pisałem posty popijając wodę z kokosa… I pomyślałem, że jeszcze trochę pomieszkam w tym uroczym miejscu.

Udało mi się przedłużyć wizę o kolejny miesiąc tylko dlatego, że robiłem wolontariat dla Filipińczyków. Kiedy wbiegłem do biura emigracyjnego z wnioskiem wizowym – spóźniony o 10 minut, odbiłem się od zamkniętych drzwi! Oczywiście przybiegłem złożyć wniosek w ostatni możliwy dzień... i jeśli nie zostałby złożony tego właśnie dnia, byłbym w ciężkiej d… ! Nielegalne przebywanie na Filipinach, nawet o jeden tylko dzień, nie wchodziło w rachubę! Pukałem, waliłem w szklane drzwi, bo widziałem pracowników nadal w środku biura!

Podeszła babeczka: - No, już zamknięte, proszę przyjść w poniedziałek!

- Ale ja jestem wolontariuszem z Thad’s Place! Muszę dzisiaj złożyć wniosek. Najpóźniej dzisiaj!

Oworzyła drzwi.

- Jesteś od Thada? A, to proszę usiąść! Jak tam się miewają pieski w obozowisku? Ilu nowych ludzi przybyło?

Odnowiłem sobie wizę na kolejny miesiąc, który postanowiłem poświęcić na pomoc w rozbudowie tego miejsca oraz swoich podwodnych umiejętności.

Chciałem jeszcze zanurkować w oceanie w nocy! Wejście pod wodę z samą latarką, nauka nawigacji na 20 metrach w ciemnościach i pływanie z prądem i pod prąd, czyli drift. Można tak zaplanować nurkowanie wzdłuż rafy, że wskakując do wody w jednym miejscu nie trzeba robić nic, a prąd i tak nas poniesie i wyrzuci tam, gdzie czekać będzie łódź. W razie pomyłki, trzeba się liczyć z wylądowaniem na środku oceanu z nocy z latarką i nadzieją, że jakoś to będzie i, że nic cię nie pożre.

Kolejnym etapem nauki miało być wyciąganie poszkodowanych i udzielanie pierwszej pomocy.

A najfajniejsze było, że cały czas towarzyszył pod wodą aparat fotograficzny...

C.d.n.

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.


 

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.54 / 13

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 18.06.2019
GBP 4.774 złEUR 4.263 złUSD 3.810 złCHF 3.810 zł

Sport


Reklama