Menu

Podróż za milion zdjęć: Talizman od buddyjskiego mnicha

Podróż za milion zdjęć: Talizman od buddyjskiego mnicha
Tak wielkiej świątyni buddyjskiej nie widziałem nawet w Bangkoku! (Fot. Tomasz Dworczyk)
Minęły pierwsze tygodnie. Wiedziałem już, gdzie jeść najtaniej i nocować za grosze.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile byś nie pracował i ile byś nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto.Kiedy zapytałszefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie niemoże nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Skoro noclegi w hostelach są za 2 funty, a wyżywienie nawet za pół funta, to jakoś sobie tu poradzę - pomyślałem. Najwyżej będę spał na dziko, byle tylko na paliwo wystarczyło.

Poczułem się już tak pewnie, że nawet zaryzykowałem wysłanie nadwyżki moich środków na życie do dwóch najlepszych kumpli mieszkających w Anglii... Wiedziałem, że mają ciężki okres, jak chyba każdy po zamieszaniu z Brexitem...

O ile nie capnie mnie policja z żądaniem łapówki lub nie rozkraczy się motor, to na najbliższy tydzień kasy mi wystarczy. Wysłałem więc co miałem wiedząc, że mogę na nich liczyć. Na pewno odeślą na czas. Zostało mi jakieś 20 funtów na tydzień przeprawy przez Wietnam.

Spałem gdzie popadło, a zaoszczędzone pieniądze "wlewałem" w motor. Cena za litr - 20 tysięcy dongów (3,20 PLN). Pełen bak, czyli 5 litrów paliwa to wydatek 80 tysięcy dongów. Dlatego pół miliona (dwadzieścia funciaków) to sporo kasy w Wietnamie.

Śniadania jadałem w słynnym Banh Mi: dwie buły z warzywami i mięsem, zapychały na pół dnia. Wodę uzupełniałem na stacjach benzynowych.

Zaliczałem kolejne góry, jeziora i rzeki, odhaczając punkty widokowe na mojej drodze na północ. Parkowałem motor przy plaży i wskakiwałem w rozwieszony między palmami hamak.
Podczas przeprawy przez góry rozbijałem obóz tam, gdzie zapowiadał się najlepszy widok o poranku. Dom mój był tam gdzie padłem.

Moskitiera rozciągnięta między Yamahą a deskorolką dawała mi schronienie pzred milionami moskitów i zapewniała sen lepszy niż w przeludnionym hostelu, gdzie było wszystko: od głośnej muzyki, po chrapanie czy zapijaczone rozmowy.

Pewnej nocy zjechałem z głównej drogi, by znaleźć miejsce na obóz z mega widokiem na szczycie góry. Jechałem stromą drogą przez pół godziny, aż silnik zaczał charczeć i jęczeć, chyba z nadzieją, że dam mu już spokój. Na szczyt dotarłem na oparach paliwa.

Znalazłem się ponad chmurami! Na lewo widok na zatokę. Po prawej na jakieś wielkie, rozmigotane miasto, a nad głową gwiaździste niebo. Miejsce idealne na camping!

Zaparkowałem na poboczu i rozstawiłem swoją moskitierę. Ustawiłem alarm na 5 rano i walnąłem się spać. Kilka godzin później podskoczyłem obudzony odgłosem pioruna! Nadciągała burza! Błyskało ze wszystkich stron.

I już nie było widoku na miasto i zatokę, tylko groźne, błyskające chmury. Dookoła mnie żadnych drzew, tylko ja, motor i deskorolka wbita w ziemię. Daleka droga w dół i żadnego schronienia. Złym pomysłem było zostać, a jeszcze gorszym zjechać z góry.

Ostatecznie zdecydowałem: zapuściłem muzykę i poszedłem spać dalej.

Alarm! Piąta rano i słońce wyglądające zza horyzontu. Przetrwałem! Po kilku zdjęciach zatoki i miasta, spakowałem swój bagaż i zacząłem staczać się ze zbocza. Nie mogłem tego nazwać jazdą, bo co chwilę traciłem kontrolę, aż "wywinąłem orła" na prostym odcinku drogi. Prostym. Ale stromym.
Wybiegająca na ulicę krowa zmusiła mnie do nagłego hamowania. Żebym chociaż wylądował na krowie... Spadłem jednak na beton obok niej.
Ot, poranek. Ale mogło być gorzej. Motor cały, ja też. I krowa bez szwanku.

Zatarłem hamulce staczając się z góry. Na oparach dotarłem do stacji benzynowej. Nie wziąłem pod uwagę, że zużyję tak dużo paliwa. Stanąłem przed wyborem: kupić jedzenie, czy może jednak beznyznę. Do przelewu pieniędzy od kumpli zostały 24 godziny! Nalałem do pełna, żeby dojechać do bankomatu, a w kieszeni zostało tylko na jeden posiłek. Ech, bywało gorzej...

Na śniadanie - litry wody i butelka "na wynos".

Ruszyłem w drogę do najbliższego miasta na północy. Nagle moim oczom ukazał się Budda! Wielki posąg na jeszcze większym pagórku, otoczony schodami i małymi świątyniami. Tak wielkiej świątyni buddyjskiej nie widziałem nawet w Bangkoku! Nie było jej też na mapie, ani w folderach biur podróży!

Obok stały buldożery i wyglądało, że dopiero skończyła się robota. Zaparkowałem motor i popędziłem sprawdzić.

Na środku placu ceremonia. Zmieniłem obiektyw na telezoom, żeby nie przeszkadzać w obrzędach i dyskretnie fotografowałem poczynania mnichów. Po zakończeniu najważniejszy z nich zwrócił na mnie uwagę. Uśmiechnąłem się do niego i przywitałem po wietnamsku. On wyciągnął do mnie rekę i zacisnął na mojej. Potem popatrzył mi w oczy i przemówił: "Jaką ty masz świetną aurę! Taka dobra aura! Czynisz dobro! Wierzysz w karmę, prawda? Skąd pochodzisz? Z Polski? Mam coś dla ciebie..."
Nadal trzymając mnie za rękę, wyjął coś z kieszeni. Nakłożył mi bransoletkę, czy koraliki jakieś, czy jak to się tam nazywa...

"Weź proszę. To prezent. Ten amulet przyniesie ci szczęście".
Słowa nie zdążyłem powiedzieć, kiedy ponownie sięgnął do kieszeni. Wręczył mi banknot - 50 tysięcy dongów! Na cały dzień jedzenia!

Ale jak to? Skąd wiedział? Co tu się dzieje? Powiedziałem mu, że podróżuję po Azji w zamian za pracę lub zdjęcia. Jakąkolwiek robotę, byle do przodu.
"Na tej deskorolce? Po co ci ona w naszej świątyni?"
Nieee, no motorem, stopem, samolotem lub pieszo...

Szczerze powiedziałem, że chciałem wskoczyć na murek przy schodach przed światynią. Pewnie i tak wyczytałby to z aury. He he he.
Nie wiedziałem czy można, więc zapytałem o zgodę. Wymagała tego kultura i szacunek dla takich miejsc. Nie chciałem sprofanować, ale "śliznąć się" po murku musiałem.

Pozwolił! I jeszcze wziął mój aparat! Za drugim podejściem wskoczyłem centralnie na krawędź marmuru przy schodach i dojechałem do końca. Normalnie to bym "wyglebił" przynajmniej z 10 razy...
Murek może niewysoki, ale za to długi i śliski. A tu weszło za drugim podejściem!

Mnichowie obserwowali jak jeżdżę na deskorolce, a ten "naczelny" robił zdjęcia. Nie mogłem w to uwierzyć!

W Polsce przed kościołem dostałbym w głowę ziemniakiem, jajkiem, pustakiem. Jak nie od kościelnego, to od przechodzących wierzących. A tu "ksiądz" cykał foto?

Po paru minutach "skate session", opadłem totalnie z sił. Schowaliśmy się w cień. Tam pogadaliśmy o Wietnamie, historii w Polsce i obrzędach w świątyni. Na koniec jeszcze selfie i odjechałem bogatszy o doświadczenie, nowy trik, fotografie i 50 tysięcy dongów.

Zalany potem i zjarany słońcem wtoczyłem się na kolejną stację benzynową. Szybka kalkulacja i, zamiast buły - paliwo! CUD! Pieniądze od mnicha zamieniły się w benzynę.

Zmęczony usiadłem do stołu na stacji i zapadłem w sen. Minęła godzina, kiedy ktoś mnie obudził.
Wietnamska rodzina rozstawiła swój posiłek na stole. Tata pracował na stacji paliw, a żona odwiedziła go, przywożąc obiad i... córkę.

Obudzili mnie i powiedzieli, żebym łapał za talerz. Translator Google "wytłumaczył": zjedz z nami, nie wstydź się, poznaj naszą rodzinę. I jeszcze chcieli, abym porozmawiał z ich córką, bo nigdy nie widziała białego człowieka.

Za pomocą uczynnego translatora prowadziliśmy rozmowę. A to o Polsce, gdzie dalej jadę, co warto zobaczyć w Wietnamie. Z małą zamieniałem parę słów, policzyliśmy do 5, nazywaliśmy kolory. Znacznie lepiej jej szło po angielsku, niż mnie po wietnamsku. Zresztą, nie zapamiętałem żadnego.

Przed odjazdem, zrobiłem im w podziękowaniu rodzinny portret, wysłany na Facebooka.

Ten talizman chyba działał. Miałem pełen i żołądek. Wiedziałem, że jakoś dorwam do kolejnego dnia.

Kilka godzin później wyjechałem na peryferie miasta. Tam, już wygłodniały zacząłem szukać słynnej buły za grosze, bo tylko na to było mnie stać. Poruszając się  powolutku pomiędzy stoiskami z żarciem, zobaczyłem kobietę machającą w moją stronę. Stoisko z kebabem? Takim jak w Polsce? W sumie to w Turcji. No, wiecie o co mi chodzi.

Podjechałem zapytać ile sobie życzy, a ona wskazuje rękami za siebie. Rozstawione stoły, pokryte talerzami, kubkami, sztućcami, a dookoła krzesła.

"Dołącz do nas! Mamy przyjęcie urodzinowe mego syna!" - powiedziała kobieta władająca podstawowym angielskim. Po chwili podszedł ojciec i wręcz pchnął mnie do stolika.
Patrzyłem na kebab, umierając z głodu. A jeszcze zupa ryż, makaron, podali też kurczaka... Do stołu siadło kilkanaście dzieciaków, totalnie we mnie zapatrzonych.

"How Are you? Whats Your Name?" - pytali po kolei.
Patrzyłem na prezent od mnicha i zastanawiałem się, co się działo.
Rodzice zadowoleni, dzieciaki ucieszone. A ja? W szoku!

Dzieciaki miały naprawdę dobry poziom angielskiego i dało się z nimi pogadać. Okazało się, ze ojciec jednego z nich był znanym fotografem. Zaciagnęli mnie do domu, a tam niesamowite kadry porozwieszane na ścianach domu, a na regałach kilka książek z jego portretem na okładce! To ty ? To twoje?

Łaaał! Co za dzień! Pokazałem mu swoje zdjęcia w internecie. Takie spotkanie!

Siedzielibyśmy tam do rana, ale "wjechał" tort urodzinowy. Sto lat, sto lat - po wietnamsku odśpiewały dzieciaki, a ja pobiegłem do plecaka. Solenizant wypytywał mnie o deskorolkę, więc przyszedł mi do głowy pewien pomysł: dam mój Fingerborda! Sprawił mi dużo radochy, to może i jemu też sprawi.

Deska była prezentem od deskorolkarzy z Hong Kongu.

Dzieciak wyraźnie ucieszył się z prezentu, a ja jeszcze bardziej, bo rodzice prześcigali się w nakładaniu mi kolejnych porcji lodów i ciast!

Po zakończeniu uczty zostałem poproszony o pokaz! Musiałem odwiązać deskorolkę od motoru i pokazać kilka trików. Zabrałem dzieciaki na skwerek, gdzie każdy miał okazję spróbować swoich sił.

Spojrzałem na mój talizman...

Kiedy tylko znalazłem dostęp do internetu, sprawdziłem stan konta. A tam nadal 30 pensów.
Na pewno odeślą dziś pieniądze... Wiem, że to zrobią...

W oczekiwaniu na przelew postanowiłem się zdrzemnąć. Obudził mnie odgłos telefonu z wiadomością od przyjaciół, że wysłali kasę...
 

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.87 / 8

 

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 18.10.2019
GBP 4.967 złEUR 4.284 złUSD 3.850 złCHF 3.897 zł

Sport


Reklama