Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Retrospekcja, czyli wspomnień czar

Podróż za milion zdjęć: Retrospekcja, czyli wspomnień czar
"Podróż za jeden uśmiech" to za mało. Gdyby tak za milion zdjęć? (Fot. FB/ Tomasz Dworczyk)
Londyn to niesamowite miasto, w którym można roztrwonić fortunę lub zarobić na pół roku wakacji w jeden weekend. Trudno uwierzyć? A jednak...
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Przyjechałem do Anglii z niczym. Pierwsza tutejsza wypłata poszła na bilety lotnicze i zakwaterowanie przez miesiąc. Druga, na sprzęt zamawiany przez internet z Hong Kongu - wychodziło taniej, niż gdbym go “nabył drogą kupna” w Europie. I dzięki temu udało mi się zaoszczędzić setki funtów. Dzięki siostrze i jej rodzinie miałem zapewniony dom. Dzięki zatrudnieniu się w kuchni nie wydawałem na jedzenie, a jego “nadwyżki” przynosiłem do domu.


Opłata za przejazdy w Londynie to oddzielny temat. Po raz pierwszy zapłaciłem za bilet miesięczny 180 funtów, czyli 20% wypłaty poszło na dojazdy do pracy! O ile udało się do niej dojechać. Metro w Londynie jest tak zatłoczone, że wielokrotnie musiałem patrzeć na przepełnione jak w Indiach pociągi i czekać na swoją kolej.

W weekendy pracy było najwięcej, ale właśnie wtedy London Underground przeprowadzał prace remontowe. Jeśli ktoś myśli, że można to ominąć jeżdżąc samochodem albo autobusem, to jest w błędzie.

Kiedy usłyszałem, że londyńskie metro jest niedochodowe, w następnym miesiącu biletu miesięcznego już nie kupiłem. No bo skoro: no profit, to “no profit”. Jak można wyczytać z Wikipedii, londyńskie metro przewozi dziennie prawie 4 miliony ludzi. Wpłaty z tytułu biletów, nie licząc płatnych reklam na stacjach, w wagonach, czy tysiącach autobusów, to dochód kilku milionów dziennie. Tymczasem oni twierdzą, że pieniądze ledwo pokrywają koszty utrzymania i konserwacji linii.

Uważam, że coś tu śmierdzi... Tak uważam ja – pokonujący drogę do roboty razem z czterema milionami innych homo sapiens... Nie bierzcie jednak mojej "teorii" na poważnie. Powstała z powodu bezradności i “nerwa” każdego dnia pod ziemią...

Zresztą nawet jeśli pracownicy zauważyli, że nie odbiłem karty, nie byli w stanie do mnie dotrzeć z powodu “morza” ludzi. Zostałem raz złapany, ale miałem ważny bilet miesięczny, więc musieli mnie puścić wolno. A mandat za jazdę bez biletu wynosił wtedy 50 funtów. Dopiero gdyby złapali mnie cztery razy w miesiącu, byłbym stratny.

Zaoszczędzone pieniądze wydałem na odkupienie skradzionego w Barcelonie aparatu. Na obiektyw już nie starczyło.

Każdego funta “oglądałem” kilka razy nim go wydałem. A w Azji był on wart milion razy więcej! Chciałoby się napić piwka po pracy, ale w Tajlandii będą za to trzy... A jedna impreza w Londynie to dwie potężne biby w Bangkoku... Zamiast zamówić pizzę, miałem widmo kilku azjatyckich potraw.


Nigdy wcześniej nie umiałem odłożyć pieniędzy, żyłem z wypłaty na opłaty w Polsce. Dopiero w Anglii udało się zorganizować życie tak, żeby każdy zarobiony funt trafiał na moje konto i wspierał realizację mojej podróży i marzeń.

Znacznie lepiej wstawało się rano do pracy i tłukło metrem, kiedy miało się cel. Z czasem musiałem pracować jeszcze ambitniej. Czułem, że nie było odwrotu!

Były bilety i sprzęt jest. Tylko żadnych oszczędności. Gdy do wylotu pozostało 35 dni wiedziałem, że ile uda mi się odłożyć, tyle będę miał na całą podróż. To zagranie zmusiło mnie do wytrzymania tempa do ostatniego dnia pracy w Londynie.

Nieustannie słyszałem, że nie miałem życia i cały czas siedziałem w robocie. Nawet manager nie rozumiał dlaczego nie chciałem wolnego, tylko leciałem na zmianę w innym lokalu.
- Przecież ty nie masz żadnego życia prywatnego.
- Ale będę miał.

Na szczęście miałem też przyjaciół, z którymi mogłem dzielić zarówno swoje żale do pracy i metra, jak i radość ze strzępków wolnego czasu. Podobnie jak ja, pracowali “na taśmie” i potrzebowali odskoczni dzieląc pasję do deskorolki i muzyki.

Ostatnia wypłata! Za 216 godzin pracy - 1550 funtów, czyli 2000 $ USD. Z takim budżetem wyjechałem w świat. Marzyłem o podróży do 7 państw przez 7 miesięcy...
Nie spodziewałem się, że będzie trwać 2 lata i “zaliczę” 14 państw. I że po wizycie w Australii wyjadę mając kolejne 2000$ na realizację projektu “Podróż za milion zdjęć”!

Pieniądze szybko rozeszły się na naprawę elektroniki, bilety lotnicze i wizy, więc pozostało mi podróżować jak do tej pory – płacąc za jedzenie, noclegi i wycieczki – zdjęciami.

Wyjazd do Londynu odciął mnie od wszystkich znajomych z Polski, jednak dzięki pasji do deskorolki szybko zyskałem nowych. Wszystko zaczęło się na najsłynniejszej miejscówce deskorolkowej Londynu, czyli Southbank. To tam umówiłem się z Marią, poznaną przed wylotem w Łodzi na imprezie UDS. Przylecieliśmy do Anglii w tym samym miesiącu, nikogo nie znając. Oboje chcieliśmy zwiedzać miasto serfując na kawałku drewna, śmigając ulicami od jednej galerii sztuki do drugiej. W drodze do Tate Modern trafiliśmy na Southbank Skatepark, ukryty pod mostem niedaleko London Eye.

O każdej porze dnia i nocy można tam spotkać skejtów z całego świata, a że wszyscy rozmawiali po angielsku, to nigdy nie było wiadomo kto jest z jakiego kraju. Ale tylko do momentu, w którym ktoś “zaliczył glebę”! W takich momentach narodowość ujawniała się poprzez donośny okrzyk w ojczystym języku.

Podczas katowania nowego triku na murku, wyrżnąłem o beton krzycząc w przestworza: ałaaa (!), z przerwą na popularne słowo na “K” i kolejne: ałaaa!
- O, to ty też Polak?

I tak poznałem Stempla.


Dopiero co gadaliśmy o jakimś triku, nie mając pojęcia, że jesteśmy rodakami. I to nie tylko z tego samego kraju, ale również miasta Łodzi!

Kilka dni później na tej samej miejscówce, jeden ze skejtów “wyglebił się” drąc się w te same słowa, co ja. Tak poznałem Kaliego. Był, oczywiście, z Polski. Z miasta Łodzi! To Kali zapoznał mnie z Bonusem (z Łodzi), a jakiś czas później do Londynu przybyła Ruda, którą tuż przed wylotem poznałem na Juwenaliach w… Zgadliście! W ŁODZI!
Deskorolkowa rodzina była w komplecie, kiedy przyleciał Misiek.

Wszyscy pracowaliśmy w centralnym Londynie na podobnych stanowiskach i wszyscy potrzebowaliśmy odreagować śmigając na desce. Wszyscy też mieliśmy włączony tryb oszczędzania, a dzięki wspólnej pasji mogliśmy cieszyć się życiem bez pieniędzy.

Dzięki tej paczce, zamiast padać na ryj po dwunastogodzinnej zmianie, łapałem za deskę i gnałem na podbój Londynu! Motywując się wzajemnie do próbowania nowych trików i zwiedzając wszystkie zakamarki metropolii, od opuszczonych tuneli metra, po coraz to nowe skateparki, grając na gitarach, fortepianach i... nerwach przechodniów.

I tak to było.

C.D.N.

Ogromne podziękowania dla zespołu The Analogs za udostępnienie praw autorskich do muzyki oraz dla wytwórni Independent Digital za szybkie odblokowanie filmu po tym, jak został “zbanowany z automatu” przez YouTube (za brak praw autorskich do jednej piosenki).

Muzyka zespołu The Analogs dawała kopa większego niż serwowane kawy i rozpoczynała każdy mój dzień pracy, ponieważ jako jedyny miałem dostęp do nagłośnienia lokalu od 6 do 9 rano. O jakość dźwięku i renderowanego obrazu zadbał @MichałSteinborn, który zrobił również napisy PL/ENG. Montażem zająłem się sam.

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 6 / 7

Komentarze


  • Johnny
    13 kwietnia, 17:36

    Trzeba przyznać że gość jest przynajmniej wolny i nie potrzebuje wiele do życia, pozdrowienia dla włóczykija.

  • Lukasz W
    15 kwietnia, 20:08

    Musze przyznac ze trzeba miec wielkie marzenia i marzenia sie nie spełniają bo marzenia się spelnia....życzę cię następnych dwóch lat na realizację marzeń i zapraszam do Kanady na trasę rowerową którą ma 14.000 mill ....podziwiam ludzi z marzeniami i szanuje to co ich popedza do ich spełniania...
    Jesteś wielki pamiętaj, życie przynosi nam to co chcemy żeby przyniosło!

  • Lukasz W
    15 kwietnia, 20:18

    Trans Canada Trail....największą trasą rowerowa na świecie mierząca 14.481 mill .....
    Można pobrać app pod nazwa The Great Trail.
    Dla podróżników marzycieli...

    Pozdrawiam..Tomasza Dworczyka za wspaniałe marzenia i ich realizację..

    Lukasz

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 19.04.2019
GBP 4.948 złEUR 4.280 złUSD 3.805 złCHF 3.756 zł

Sport


Reklama