Menu

Podróż za milion zdjęć: Przeprawa przez Mui Ne!

Podróż za milion zdjęć: Przeprawa przez Mui Ne!
Nareszcie wydostałem się z szalonego ruchu ulicznego Sajgonu! No i pierwszy etap przeprawy przez Wietnam, czyli 300 km trasy już za mną.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz, jak to się zaczęło...

Miliony pojazdów poruszających się we wszystkich kierunkach, ale w tym szaleństwie jest metoda! Jako że nie jestem posiadaczem prawa jazdy i nie mam wyuczonych odruchów, znacznie łatwiej było mi się odnaleźć w tym chaosie.

Poruszając się po ulicach Sajgonu, jedziesz przed siebie otoczony potokiem rozklekotanych maszyn, więc nie ma się co zastanawiać, kto tu ma pierwszeństwo, ani przejmować sygnalizacją świetlną. Był to też jedyny raz w w moim życiu, kiedy z uśmiechem na ustach podążałem za stadem, zamiast iść własną drogą.

Chcesz skręcić w prawo, w lewo? Zawsze znajdzie się kilkunastu Wietnamczyków jadących w tym samym kierunku, więc trzymasz się swojej grupy, aż dotrzesz do celu. Nikt na nikogo nie wpada, ani nie ociera się lusterkami, bo ci ludzie urodzili się, prowadząc motocykl. Wielokrotnie zostałem "strąbiony" i wyminięty przez dwunastoletnie dziewczę prowadzące wielki motor, z rodzeństwem na tyle.

Skoro oni potrafią, to i ja dam sobie radę.

Trąbienie w Wietnamie oznacza: nadjeżdżam. Krótki sygnał: zbliżam się, dłuższy: jadę pierwszy. A natarczywe trąbienie: spadaj, bo jadę wielkim autem bez możliwości manewrów!

W końcu opuściłem Sajgon i wyjechałem w trasę. Mogłem zobaczyć, co potrafi mój rumak! Ale pojęcia nie miełem, gdzie zmierzałem. Tylko tyle, że na północ...

W hostelu kilka osób zaznaczyło na mojej mapie miejsca, w których byli i polecali odwiedzić...

Pierwsze 100 kilometrów trasy jechało się super! Wietnamskie drogi są gładkie, szerokie i pełne pięknych widoków! A to na pola ryżowe, góry, jeziora, nawet Ocean tuż przy autostradzie!

I ja - sam na sam w egzotycznym kraju! No i moja Bouncing Betty!

Im dłużej jechałem, tym bardziej doskwierał mi roztrzaskany amortyzator wbijający mi krzesełko w tyłek! I tak balansowałem: raz na lewym półdupku, raz na prawym, trochę na stojąco, a w końcu na leżąco.

Przy 35 stopniach ręce przyklejały się do kierownicy motoru. Plecak na tyle pojazdu przyczepiłem w taki sposób, żeby miękkie rzeczy, śpiwór, kocyk i ubrania były na przodzie, tworząc wygodny fotel, o który mogłem się oprzeć.

Pokonywałem kolejne kilometry trasy i nabierałem pewności siebie: nauczyłem się prowadzić prawie na leżąco z głową opartą o plecak. Gaz trzymałem jedną ręką, a czasem... jedną nogą.

Aż dojechałem do miejscowości Mui Ne. Trafiłem na blokadę drogową złożoną z 6 policjantów , dwóch radiowozów i ścigacza. W ułamku sekundy dotarło do mnie... trafiłem do miasta, do którego miałem NIE MIAŁEM JECHAĆ!

O kontrolach policyjnych w Mui Ne ostrzegali wszyscy napotkani podróżnicy i nawet zaznaczyli mi to miejsce na mapie! Szkoda tylko, że użyli serduszka do oznaczenia niebezpieczeństwa, bo to właśnie tym symbolem oznaczałem miejsca, do których pojechać muszę NA PEWNO!

— Dokumenty proszę!

Z uśmiechem przywitałem wietnamskich funkcjonariuszy: Xin chào. Ale w portkach miałem pełno! Zabiorą mi motor, albo będą chcieli łapówkę. Powtarzałem sobie, że jakoś to będzie i na pewno uda mi się z tego wykaraskać! Spokojnie. Bywało gorzej! Zaczaruj ich!

Na Filipinach nie miałem nawet kasku, papierów ani tablicy rejestracyjnej i jakoś udało się z tego wybrnąć. Teraz miałem dokumenty i tablicę rejestracyjną. Wręczyłem papiery policjantom, zagadując.

— Jechałem za szybko? Ale jak to... No, bo mi nie działa prędkościomierz.

Wiedziałem, że to kiepska wymówka.

— Prawo jazdy proszę!
— No mam. Mam w plecaku... Gdzieś tu były. Już szukam.

Rozsupłanie plecaka, w tym odwiązanie linek, którymi był przyczepiony do bagażnika i przekopanie sterty gratów zajmowało sporo czasu, a im się spieszyło, aby łapać następnych!

— No, gdzieś tutaj są... Zaraz znajdę. Moment...

— Jak nie masz - zabieramy motor! Możesz zapłacić mandat na posterunku -5 milionów dongów (215$), albo teraz - 2 miliony (85$). Załatwimy wszelkie formalności na komendzie.

— Nie, no pewnie, że mam. Gdzieś na dno plecaka wrzuciłem.

— Za przekroczenie prędkości - 2 miliony dongów. Zamiast prawa jazdy, zacznij szukać pieniędzy.

Wszyscy ostrzegali mnie przed skorumpowaną policją w Wietnamie. A już w Mui Ne jest najgorzej, bo to miejsce turystyczne, gdzie ściągają nadziani Rosjanie i Amerykanie. W hostelach i na Internecie pozaznaczane są miejsca, gdzie zawsze można się natknąć na policję.

Drogówka zatrzymuje tam tylko białych ludzi i prosi o pokazanie prawa jazdy. MIĘDZYNARODOWEGO!
Większość wylegitymować się może tylko prawkiem własnego kraju, a to już wystarczający powód żeby wyciągnąć od turysty kasę. Nawet jeśli masz odpowiednie uprawnienia, kask i nie przekroczyłeś prędkości, potrafią zatrzymać twój paszport pod pretekstem, że może jesteś poszukiwany... Powód, tak naprawdę, nie jest ważny.

Wiedziałem jednak, że w Wietnamie szanuje się nauczycieli angielskiego, w przeciwieństwie do turystów, zwłaszcza tych z Ameryki!

— A ja Polak jestem! Uczę angielskiego. Paaanie, ja nie nadziany Amerykanin, tylko wolontariusz z Polski!

Rozpiąłem koszulę, a pod nią czerwony T-shirt z żółtą gwiazdą. Widok wietnamskiej flagi rozładował sytuację! Policjanci zaczęli się uśmiechać! Przyglądali się deskorolce i pytali, do czego służy.
— Jak dzieci są grzeczne i dobrze się uczą, w nagrodę zabieram ich na deskorolkę!

Wyjąłem telefon i pokazałem im zdjęcia z Filipin, jak uczyłem dzieciaki jazdy na deskorolce!
— A ile masz przy sobie pieniędzy?
—  Niewiele, bo mi za te lekcje nie płacą. Tyle co jedzenie i nocleg, ale żadnej gotówki. Pół miliona mam na paliwo i żarcie.

— To daj, co tam masz i have a nice day.

Nauczony doświadczeniem z Indonezji i Filipin, miałem przygotowany portfel, w którym powciskane były jakieś karty, wizytówki i pół miliona dongów. Policja zabierze tyle, ile ma się przy sobie. Resztę pieniędzy, wciśnięte w pustą butelkę po kremie, schowałem w plecaku.

Nawet przez chwilę nie dopuszczałem do siebie myśli, że zabiorą mi motor ani, że zapłacę milionów dongów łapówki, bo to był mój budżet na miesiąc podróży!

Stratę musiałem jakoś odreagować. Pojechałem więc spać na plażę. Po obejrzeniu zachodu słońca, rozwiesiłem moskitierę między Yamahą a deskorolką i walnąłem się spać. Z nadmiaru wrażeń od razu zapadłem w sen, jednak nie na długo, bowiem rozpadało się.

Tropikalna burza zwykle trwa kilka godzin, a ja ledwie trzymałem się na nogach.

Sprawdziłem w Internecie, ile kosztuje najtańszy hostel w okolicy i od razu wyjaśniło się, dlaczego to miejsce jest tak popularne wśród turystów. Dwa funty! Dosłownie 11 złotych kosztował nocleg w hostelu z trzema basenami i jakuzzi na dachu! A ja chciałem oszczędzić pieniądze uwalając się na dziko...

Ostatnie tygodnie podróży w 3 państwach spędziłem śpiąc na ulicach, w parkach i na lotniskach, zapominając o tym, jak wygląda wygodne łóżko... Tutaj trafiłem do raju! Luksusy o jakich nie śniłem i na które nawet mnie stać.

Po pokonaniu 300 kilometrów na motorze z połamanym amortyzatorem, mój tyłek bolał bardziej niż więźnia po dożywociu!

Co wieczór w hotelu organizowane były zabawy: gry w beer-ponga, dyskoteki i walki na poduszki w basenie! Ceny w restauracji, zarówno jedzenia jak i browara, zachęcały do zostania jeszcze dłużej i dłużej...

Poznałem podróżników z wielu zakątków świata, ale najbardziej utkwili mi w pamięci przybysze z Izraela. Rozmawialiśmy o sytuacji w kraju, wojnie, edukacji i pielgrzymkach do Polski. Każdy z nich musi raz w życiu pojechać do naszego kraju, aby poznać historię holokaustu zwiedzając Oświęcim. Za wszystko płaci państwo i jest to obowiązek każdego mieszkańca Izraela.

To właśnie z Izraelczykami przyszło mi się zmierzyć podczas walki na poduszki! Dopiero co z nimi rozmawiałem o przeszkoleniu wojskowym jakie odbyli, a w chwilę potem siedziałem okrakiem na rurze nad basenem, z poduszką w ręku.

Mój zahartowany tyłek dawał mi lekką przewagę. Poczucie równowagi zdobyte podczas nauki jazdy po poręczach na deskorolce, były dodatkowym bonusem. Patrząc więc, jak niezdarnie przesuwali się na środek pola walki bojownicy z Izraela zrozumiałem, że jestem w stanie wygrać tę walkę. Nagrodą za zdobycie pierwszego miejsca było wiadro whisky!

Poduszki, uprzednio namaczane w wodzie, są jak kij bejsbolowy. Obrałem strategię: przetrwam pierwszy cios, ja zamachnę się jako drugi. Gong! Zacisnąłem zęby i przyjąłem pierwszy cios na twarz obserwując, w którą stronę przechyla się mój przeciwnik. Wtedy zadałem cios.

Strategia okazała się skuteczna również przy drugim i trzecim przeciwniku, aż doszedłem do finału!
Walka z Brytyjczykiem trwała najdłużej! Jedną ręką trzymając się rury nad basenem, a drugą spychając przeciwnika do wody, nieregulaminowo oberwałem kopa między nogi.

Sędzia ogłosił powtórkę, ale nie miałem ochoty siadać ponownie okrakiem na kawałku metalu z obtłuczonym odbytem i zmiażdżonymi jądrami. Uzgodniliśmy więc remis i podzieliliśmy się wiadrem whisky na zgodę.

Kolejny dzień spędziłem relaksując się w basenie i jacuzzi, wylegując na materacach przy plaży. Plan imprezy powtarzał się każdego wieczoru i codziennie przybywali nowi ludzie.

Życie w luksusie było tak tanie i tak inne od wszystkiego, gdzie podziewałem się dotychczas, że utknąłem na kolejne dwa dni. Już miałem wyjeżdżać, kiedy podczas gry w beer-ponga napotkałem Polaków! Rzucałem piłką do kubeczków z piwem przeciwnika, kiedy wymsknęło mi się nieśmiałe "no k...a".

I tak poznałem Marcelinę, Bartka, Kubę i Magdę! Podczas całej podróży spotkałem na swojej drodze wielu Polaków, ale jeszcze z nikim nie złapałem takiego kontaktu jak z nimi. I to natychmiast.

Nasze wewnętrzne żarty, zaczepki czy typowo polskie komentarze spowodowały, że poczułem się jak w domu! Dosłownie zachciało mi się wrócić do Polski!

Spodobał im się mój pomysł sprzedaży zdjęć po dolarze i postanowili kupić kilka z nich na pamiątkę. Niby kilka dolarów, a radocha jakbym zarobił pierwszy milion! Bo tu nie o pieniądze chodzi, tylko o samą ideę podróżowania za zdjęcia!

Te kilka sprzedanych pocztówek i kilka postawionych browarów, pokryło moje straty wynikłe ze spotkania z policją. Nie dość, że znalazłem miejsce, w którym mogłem się zregenerować, to jeszcze odzyskałem budżet na dalszą podróż i sentyment do własnego kraju.

Nadszedł czas na opuszczenie strefy komfortu i wyjazd w nieznane. Opuściłem Mui Ne, dzień po wyjeździe rodaków.

Postanowiłem jednak kryć się pod osłoną nocy, w obawie przed kolejnym patrolem...

Najsłynniejsza atrakcja turystyczna chroniona przez drogówkę, to Białe oraz Czerwone Wydmy rozciągające się po horyzont. Ten rejon Wietnamu wygląda jak pustynia w Dubaju, gdzie wozi się turystów chcących podziwiać wschody i zachody słońca. Spektakularny widok trzeba jednak opłacić wynajmując prywatnego Jeepa lub... dając łapówkę policji.

Pojechałem więc tam o 2 w nocy i ukryłem swojego rumaka w krzakach przy drodze. Poszedłem na pustynię, skąpaną w świetle księżyca. W poszukiwaniu wydmy z najlepszym widokiem, ułożyłem sobie plan: pobudka o wschodzie słońca, zaoszczędzona kasa, sesja zdjęciowa i ucieczka przed pojawieniem się na drogach policji.

Plan był świetny. Gorzej z jego realizacją.

Przespałem wszystkie 7 alarmów leżąc na telefonie. W rezultacie zostałem obudzony zapachem smażonej skóry. Mojej skóry...

Okazało się też, że w nocy trafiłem na zupełnie inne wydmy, niż te polecane w materiałach agencji turystycznych, więc widok nie powalał na kolana. Po powrocie do schowanego w przydrożnych krzakach motoru okazało się, że nie mam już paliwa. Albo wyparowało, albo ktoś sobie w nocy użyczył.

Wymachując rękami, udało mi się zatrzymać jednego z przejeżdżających Wietnamczyków. Pokazałem wskazówkę paliwa, wręczając mu banknot o wartości stu tysięcy dongów. Odjechał, a ja czekałem z nadzieją, że wróci z butelką paliwa.

Posiłkując się palcami dał mi do zrozumienia, że może to potrwać z pół godziny. Przynajmniej tak go zrozumiałem.

Znudzony bezczynnością, odkręciłem trucki od deskorolki i poszedłem się wspinać na największą wydmę w okolicy. Jak się człowiek czymś zajmie to i czas szybciej leci, więc postanowiłem potarzać się w rozgrzanym piachu, usiłując zjechać w dół.

Zabawa trwała w najlepsze, chociaż prędkość nie powalała na kolana. Znacznie lepiej to wszystko wygląda na zdjęciach. Fotografie robiłem sobie sam, ustawiając aparat z funkcją TimeLaps na wkopanym w ziemię plecaku. Tak było do momentu, kiedy się przewrócił - widok aparatu w piachu, złamał mi serce. Nie udało mi się go już uruchomić, więc zakończyłem zabawę.

Wpadłem jeszcze na pomysł, by ostrzec innych przed skorumpowaną policją czyhającą za rogiem.

Przy użyciu deskorolki, wyryłem gigantyczny napis na zboczu wydmy: "$ Warning $ Police Corruption"

Zająłem się tym tak długo, aż Wietnamczyk wrócił z butelkami benzyny! Szczerze? Nawet przez chwilę nie wątpiłem w uczciwość poczciwego człowieczyny.

Poświęcił swój czas, paliwo, nawet wydał mi resztę! Kilka minut trwał spór, bo nie tylko nie chciałem od niego reszty, to jeszcze chciałem wręcz zapłacić mu za fatygę. Widać było, że był z siebie dumny. Nim pojechał, zapytał mnie tylko skąd jestem i ucieszył się, że z Polski, a nie z Ameryki.

Miałem pełen bak paliwa, jednak motor nie chciał odpalić. Głównie dlatego, że na wydmach zgubiłem kluczyk. Po raz kolejny zostałem przy drodze sam na sam z pustynią. Po wyczerpaniu zasobu wszystkich wulgarnych słów jakie znam, we wszystkich możliwych językach, akcentach i tonacjach, wspiąłem się na wydmę z nadzieją odnalezienia kluczyka.

I znalazłem! Po dotarciu na szczyt piaszczystej góry, dokładnie w miejscu gdzie przewrócił się plecak z aparatem... Wtedy przypomniało mi się, że miałem w plecaku zapas. A nawet cztery!
W Sajgonie, w chwilę po zakupie motoru, dorobiłem sobie 3 sztuki i pochowałem w 3 różnych miejscach.

Przede mną były już tylko policyjne blokady drogowe, które musiałem przebrnąć bez dokumentów i funduszy na kolejne łapówki. Ponieważ wyłapywali tylko białych kierowców, przyjąłem strategię chowania się za ciężarówkami Wietnamczyków. Przyklejony do tyłu naczepy na odległość połowy koła, wyjechałem poza turystyczny teren Mui Ne na autostradę...

W końcu wolność!

Więcej na temat projektu: https://www.facebook.com/podrozzamilion/

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Zdjęcia autorstwa Tomasza Dworczyka.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.89 / 10

Komentarze
Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią
Dodaj komentarz
Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 13.12.2019
GBP 5.129 złEUR 4.275 złUSD 3.823 złCHF 3.892 zł

Sport


Reklama