Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas cz.2

Podróż za milion zdjęć: Las Islas Filipinas cz.2
Kiedy ja trwoniłem majątek w stolicy ubóstwa, Paulina wybrała się w tygodniową podróż za miasto. Ją również opuściło szczęście i nie miała powodzenia w znalezieniu nowego Couchsurfingu. Dom, w którym miała zamieszkać, zmiotło z powierzchni ziemi. Podobnie jak resztę wioski. Z tej wycieczki przywiozła wiele zdjęć dokumentujących tragedię miejsca po tajfunie.
Reklama

3 miesiące pracy w Londynie, 7 miesięcy podróży za jedną wypłatę - wszystko jest możliwe! Historia Tomasza Dworczyka ma na celu inspirowanie innych do... wzięcia wyjątkowego urlopu!

Opowieść rozpoczyna się dwa lata temu, jeszcze w Polsce. Zmęczony ciężką pracą w korporacjach, zbierając pieniądze na wymarzony urlop poczuł, że coś w nim pękło. Ile by nie pracował i ile by nie zarabiał, to i tak pieniądze rozchodziły się gdzieś - a to rachunki, a to dojazdy czy podatki... Starczało ledwo na wypad za miasto. Kiedy zapytał szefa o urlop i usłyszał, że w tym terminie nie może nigdzie pojechać, miarka się przebrała - i tak zaczęła się przygoda, a właściwie urlop życia pochodzącego z Koluszek Tomasza Dworczyka. Zobacz TUTAJ, jak to się zaczęło...

Zobacz część 1 opowieści o Las Islas Filipinas TUTAJ.

W oczekiwaniu na autobus powrotny do Manili Paulina poznała lokalnych podróżników, którzy zaproponowali jej nocleg. Wiedziałem, że sama świetnie da sobie radę, a jeśli cokolwiek ucierpi na jej drodze... to ten tajfun. Nawet nie jestem nawet pewien, że to wiatr był powodem zniszczenia wioski.

Ostatecznie jednak nie tylko ogarnęła nocleg gdzieś „na wygwizdowie”, ale jeszcze zalatwiła spanie dla mnie w oddalonej o 200 kilometrów Manili! Przyjaciel gościa, u którego nocowała, mieszkał w stolicy i zaprosił mnie do siebie" w ciemno". I tak oto z najbogatszej dzielnicy stolicy Filipin trafiłem do tej mało atrakcyjnej. Niezwykłym zbiegiem okoliczności Ton, u którego zamieszkałem, pochodził z wyspy Saipan! To właśnie ta wyspa oraz sąsiednia Tinian, została zmieciona z powierzchni ziemi, o czym „trąbili” na pewno w wiadomościach. Oglądaliśmy wspólnie zdjęcia i filmy z jego rodzinnego miasta, które przestało istnieć.

Nic w przyrodzie nie dzieje się bez przyczyny i widocznie mieliśmy na siebie trafić. Ton jest z wykształcenia nauczycielem angielskiego. Dorabia udzielając lekcji przez skajpa, a jego marzeniem jest podróż po Japonii. Od razu przyszło mi do głowy, żeby pokazać mu portal woraway.info, gdzie większość ofert wolontariatów w Kraju Kwitnącej Wiśni, to właśnie nauka angielskiego! Mógł więc nie tylko pojechać bez pieniędzy, ale też zarabiać znacznie więcej niż na Filpinach, podróżując.

Widok ze szczytu i wschód słońca wynagrodził bezsenną noc. (Fot. FB/Tomasz Dworczyk)

Tymczasem mam nocleg na kilka dni, mogę sklecić ten post w całość i dokończyć montowanie filmów, w oczekiwaniu na lepszą pogodę...
I właśnie, gdy napisałem słowo "pogodę", spadła ściana deszczu! Jednocześnie komunikaty z głośników na ulicach o nadchodzącym tajfunie rozbrzmiały jak alarm przed bombardowaniem!
Może to i lepiej? Szkoda siedzieć przy kompie w nowym kraju, podziwiając za oknem błękitne niebo. Widocznie tak miało być.
Filpiny tydzień pierwszy. Zostały jeszcze 3 tygodnie wizy, więc najlepsze dopiero nadejdzie...

I nadeszło. Zaledwie 70 km za miastem można doświadczyć piękna tego kraju. Wulkan Taal, góra Batulao oraz Pico De Loro - tam jedziemy! Zobaczyłem syf, teraz pora na piękno. Jak każda historia, tak i ta musi się zakończyć dobrze. Przynajmniej powinna! Plusem był odpoczynek od miasta i nocleg na szczycie góry, wysoko ponad smogiem.

Oczywiście nie miałem zamiaru wspinać się z 18-kilogramowym plecakiem. Zabrałem najpotrzebniejsze rzeczy, a laptop, dyski twarde i resztę bzdetów zostawiłem.

Ostatni tydzień mieszkałem na couchsurfingu w małej wiosce za miastem. Znalazłem spokojne miejsce, ale bez internetu. Na moje ogłoszenie odpisał nauczyciel angielskiego z lokalnego liceum, który udostępnił mi swój pokój. Sam właściciel przeniósł się na korytarz i nie dało się uprosić, żeby zrobić na odwrót. W końcu jestem jego gościem i mam się czuć dobrze w jego „domu”. Filpińczycy, nawet jeśli niczego nie mają, to podzielą się... wszystkim. Wspaniały człowiek. Coś mówiło mi jednak, żeby nie zostawiać u niego plecaka.

- Jadę na kilka dni w góry i chciałbym gdzieś zostawić plecak. Znasz odpowiednie miejsce, gdzie będzie bezpieczny?
- Jasne ! Możesz wszystko zostawić u mnie i odebrać po powrocie.
- Super! Zabiorę tylko laptop, kamerę i aparat, bo to potrzebuję do pracy, a resztę ekwipunku zostawie u ciebie.

- No, ale jak to... laptop zostaw u mnie. Nie potrzebujesz go w górach. A ile kosztował? Nowy czy używany? Spokooojnie, możesz mi ufać...

Na szczycie mieszkały dwa kundle. (Fot. FB/Tomasz Dworczyk)

Intuicja i doświadczenie krzyczało, że w tej kwestii ufać mu nie mogę. Zresztą pracowałem dwa miesiące w Australii, żeby kupić ten sprzęt. Nie mogłem pozwolić sobie na utratę tego, razem z 2000GB danych. Gościu zdecydowanie oblał test na zaufanie i plecaka tu nie zostawiłem.

Intuicja podczas podróży wyostrza się z każdym tygodniem, krajem i napotkanymi ludźmi. Coś po prostu mówi ci, że gdzieś tam jest ok, a gdzieś indziej nie.
Ile razy w życiu zdarzyło się Wam pomyśleć, że coś jest nie tak? Idźcie zawsze za głosem!

Ja takie przeczucie miałem ostatnim razem w hostelu na wyspie Borneo. Zostawiłem aparat w zamkniętej szafce. Wyszedłem na miasto, ale nie mogłem przestać myśleć o swoim dobytku. Coś mi mówiło, że już go więcej nie zobaczę. Zazwyczaj zostawiałem wszystko w reklamówce ze śmieciami wrzucone pod łóżko, albo schowane w poduszkę. I czułem się bezpiecznie. Teraz w zamkniętej szafce, a nie dawało mi to spokoju. Popijałem piwko ze znajomymi w barze, ale nie wytrzymałem. Wróciłem do hostelu. I co?

SZAFKA JEST PUSTA!!! Gdzie mój aparat!? Na recepcji wyjaśnili, że dopiero co wydali klucz nowemu gościowi. Mimo że to mój pokój, ktoś inny dostał klucz PRZEZ POMYŁKĘ. Nie tylko klucz do pokoju, ale i do szafki! Facet zameldował się tylko na jedną noc, gdybym olał przeczucie zostając na mieście do rana, niczego bym nie odzyskał. Aparat dostałem po usłyszeniu najgłupszego wytłumacznia świata: "Moja szafka, więc aparat też jest mój, co nie?".

Postanowiłem nie zignorować nigdy więcej swojego przeczucia.

Tym razem nie zostawiłem więc plecaka u mojego gospodarza. Koleś był świetnym kumplem i dobrym człowiekiem. Udzielał się społecznie w okolicznej wiosce, nawet dawał lekcje za darmo najuboższym dzieciakom w okolicy... Jednak przeczucie było silniejsze... Postanowiłem pokonać 30 km do znienawidzonego centrum Manili tylko po to, żeby rzucić plecak w domu poprzedniego gościa z Couchsurfingu i wyjechać za miasto w spokoju.

Kto nie był w Manili i nie widział na oczy korka ulicznego i smogu, nie może sobie tego wyobrazić. Nie da się opisać smrodu na ulicach. Chodziłem tam z głową w chmurach ołowiu takiego, że palcem mogłem zdjąć ze skóry osad. Zostawiłem jednak graty i ze spokojną głową mogłem wyjechać na łono natury, by zregenerować zniszczone spalinami płuca.

Nocleg w kibelku i za darmochę. (FB/Tomasz Dworczyk)

Wydostanie się za miasto drogą szybkiego ruchu, zaledwie 70 km dalej, zajęło mi sześć godzin. W końcu pojawiła się zieleń! Zobaczyłem pierwsze drzewa, palmy, nawet zwierzęta i to w postaci innej niż obiad.
Muszę wspomnieć, że wegetarianin w Manili nie przetrwa tygodnia. Warzywa są zbyt drogie w transporcie i przechowaniu, taniej jest wyhodować zwierzaka niż ziemniaki! Owoce, nawet jeśli są dostępne, nie wiedzieć czemu zmieniają kolor na jakiś taki... ciemny, jakby sadzą umazane. Na zdrowie!

No, ale jestem już poza miastem i wszystko wygląda lepiej. Kierunek - Wulkan Taal. Jest to najmniejszy wulkan na świecie położony na środku jeziora! Serio! Trzeba pokonać jezioro, aby dotrzeć do krateru, który sam w sobie też jest jeziorem. Wygląda to wszystko bajecznie na zdjęciach w Google. Ale żeby się tam dostać, trzeba cierpliwie przeczekać w korku, nim dotrze się do kolejnego miasta. Potem, by dostać się do portu, wybulić 2000 peso za wypożyczenie łódki! Okazało się jednak, że problem z dotarciem i kumulujący się koszt takiej wyprawy, nie był na moją kieszeń.

Obrałem więc inny kierunek - góra Pico De Loro ze słynną skałą na szczycie! Ale i tam nie było mi dane zawitać. Wszystkie trasy zakmnięte dla turystów, by pozwolić naturze zregenerować się! Wyobrażacie sobie? Miejsce było tak popularne, że góra została po prostu zdeptana! Chwała Filipinom! Żaden inny kraj w Azji nie zgodziłby się na zamknięcie miejsca, które przynosi z turystyki MAMONĘ! Gdyby to była Indonezja, to skałę sprzedaliby po kawałku, byle wyciągnąć coś z kieszeni przyjezdnych. W Kambodży sprzedaliby skałę, górę i ostatnią roślinę...

Na Filipinach, mimo biedy zadbali, by cały rejon zregenerował się. Zamknięto szlaki niemal 3 lata wcześniej. I chyba pierwszy raz w historii całej podróży uszanowałem zakaz wstępu. Brawo Filipiny! Niech inni biorą z was przykład!

Schronisko, które nie chroniło przed niczym, ale widok wynagradzał wszystko. (Fot. FB/Tomasz Dworczyk)

Z pomocą przyszedł wujek Google, który wskazał kolejny cel wycieczki za miasto - Górę Batulao!

Paulina peneterowała północ Filipin, a ja szukałem miejsca do pracy w mieście. Umówiliśmy się w McDonaldzie, w miasteczku u zbocza góry, by razem pokonać ten szlak na szczyt Batulao.
Do miasteczka dotarłem w nocy, a przed wspinaczką wypadałoby dobrze się wyspać. Zaczęliśmy więc szukać na ulicach Tagatay miejsca na nocleg.

W McDonaldzie było za głośno. Na ulicach niebezpiecznie. Parków nie ma. Postanowiliśmy poszukać opuszczonych budynków - squatów. Nie były jednak one takie opuszczone. Na Filipinach squaty tętnią życiem.

Zmieniłem więc strategię i rozpoczęliśmy wedrówkę po budowach. Lokalni mieszkańcy nie zapuszczają się tam z powodu ochrony. Ale ochronę można przecież ominąć. Tak oto rozbiliśmy obóz na balkonie świeżo postawionego budynku i spaliśmy smacznie aż do momentu, gdy rozpadał się deszcz. Obudzeni zimnym prysznicem, zaczęliśmy szukać schronienia w środku, ale wszystkie drzwi były pozamykane. Wszystkie, poza drzwiami do toalety. Znaleźliśmy pokój z łazienką w stanie idealnym. Nawet jeszcze folii nie zdjęto z sedesu. Muszę przyznać, że ten kibel był najczystszym miejscem, w jakim przyszło mi spać przez ostatnie 2 tygodnie. I do tego nie miałem daleko, żeby wyjść za potrzebą.

Ba! Nawet gniazdko było, żeby podładować baterie! Szkoda, że nie miałem takich luksusów ostatnie dwa tygododnie. Wrzuciłbym więcej filmów z podróży.

Spało się tak doskonale, że przespaliśmy wszystkie alarmy. Dopiero robotnicy obudzili nas zszokowani widokiem: dwoje białych na podłodze kibla!

Nie da się opisać ich zdziwienia...

Mount Batulao - najpiękniejsza góra, po jakiej chodziłem! Wypiętrzyła się w sposób idealny do przechadzki, bo wędruje się po samym jej szczycie, mając widok na niekończącą się zieleń po lewej i prawej oraz przepaść - po lewej i po prawej. Miejsce tak piękne, że nie chciało się go opuszczać. Jedzenie? Jest. Woda? Jest. Baterie? Baterie też są. No, to zostajemy tu na noc!

O ile w ciągu dnia góra była rozkoszą dla duszy i ciała, w nocy wszystko zmieniło się o 180 stopni. Góra wręcz chciała nas ZABIĆ! Najpierw wiatr, rozpędził się tak, że zerwał dach "schroniska". A po zmroku, temperatura spadła tak bardzo, że trudno było funkcjonować, a o spaniu mowy nie było. Nie było też już szansy na zejście na dół. Utknęliśmy tu na noc.

Rozstawiłem moskitierę między drzewem, plecakiem a statywem i, osłonięty od robactwa, przygotowałem miejsce do snu. Paulina nie miała ze sobą niczego. Ani śpiwora, ani koca. Niczego! Bo po co? Przecież jesteśmy w tropikach. Na szczęście miałem przy sobie koc termiczny. Nosiłem go ze sobą przez 18 miesięcy podróży i nigdy nie przypuszczałem, że do czegoś się przyda!
Kupiłem go w Londynie za funta. Nic nie ważył, a miejsca zajmował tyle co chusteczki higieniczne. I w końcu się przydał! Owinięta w folię i koc, przetrwała do rana.

Nie tylko zimna obawialiśmy się w nocy. Mogła nas dopaść śmierć z powodu owocu Duriana! Słyszeliście kiedyś o tym? O śmierci spowodowanej owocem? I to bynajmniej nie dlatego, że można się nim zatruć. Po prostu można nim oberwać w głowę!

W nocy obudził nas potężny grzmot o ziemię. Rąbnęło coś ciężkiego. Porywisty wiatr powodował, że co kilkanaście minut coś spadało z takim hukiem, jakby z nieba ktoś rzucał pustaki! Znacznie poźniej uświadomiłem sobie, że surviwalowy obóz rozbiłem pod drzewem, którego owoce mogły nas zabić!

O wschodzie słońca wiatr osłabł na tyle, że mogliśmy wdrapać się na skałę z widokiem na piękne Filpiny! Krajobraz oraz kolory wokół, wynagrodziły odmrożone dupska i stres! A wschód słońca wynagrodził nam niedogodności nocy. I dopiero podczas zwijania obozu okazało się, że ZABÓJCZE DRZEWO to po prostu dzika JABŁONKA! Prawie sturlałem się w przepaść ze śmiechu! Portki pełne strachu o dziko rosnącą jabłonkę!

Warto wiedzieć, że każdego roku kilka osób w Azji ginie przez owoc Duriana. Udało się nam tej statystyki nie powiększyć!

A jeszcze ciekawszy był fakt, że na szczycie żyły sobie dwa pieski, niewiele większe od jamnika!
Świat jest piękny i nie przestaje mnie zaskakiwać. I tak trzymać!

Więcej na temat projektuhttps://www.facebook.com/podrozzamilion/

Ciąg dalszy nastąpi...

Portal Londynek.net objął patronat nad projektem "Podróż za milion zdjęć".

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.33 / 3

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 11.12.2018
GBP 4.765 złEUR 4.298 złUSD 3.776 złCHF 3.827 zł

Sport


Reklama