Nasza Polityka Prywatnosci oraz Cookies została zaktualizowana.

Wprowadziliśmy kilka istotnych zmian w naszej Polityce Prywatności i Plików Cookies i chcemy, abyś wiedział, co to oznacza dla Ciebie i Twoich danych

Menu

Maciej Orłoś: "Od telewizji wolę internet"

Maciej Orłoś:
Spotkanie z M. Orłosiem w polskiej bibliotece Biblary w Dublinie. (Fot. Rafal Kostrzewa @dublinheadshot)
Maciej Orłoś, kojarzony głównie z Teleexpresem (80% rozpoznawalności), nieco mniej znany jest ze strony literackiej, która stanowi dużą część jego życia i w znacznej mierze go ukształtowała. Jest przecież synem Kazimierza Orłosia - pisarza z pokolenia '56, scenarzysty, postaci związanej z Polskim Radiem, współpracownika paryskiej "Kultury".
Reklama

Londynek: Pański ojciec z wykształcenia jest prawnikiem, pracował między innymi jako radca prawny kombinatu budującego zaporę na Solinie. Jak to się stało, że zajął się literaturą?

Maciej Orłoś: - Tak, mój tato ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Zaczął pracę w zawodzie, a jednocześnie zajmował się pisaniem. W pewnym momencie postanowił się temu poświęcić całkowicie. Niestety, wkrótce został ukarany za to, że ośmielił się opublikować coś w paryskiej “Kulturze”; coś, co nie było po myśli władzom PRL. Wtedy wrócił do wyuczonego zawodu. Jednocześnie kontynuował pisanie, tyle że nie był wydawany w Polsce. Ta obecność na czarnej liście cenzury trwała o 1973 do 1989 roku.

Zazdroszczę Panu bardzo tej kroniki rodzinnej, którą napisał Pana tata: “Dzieje dwóch rodzin: Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy”. Czy ta rodzinna kronika jest kontynuowana?

- Tak, mój ociec poświęcił temu kilka lat swojego życia, to wielka praca. Dwa lata temu tę grubą książkę opublikowało Wydawnictwo Literackie. Jesienią tego roku ma się ukazać druga część. W poprzedniej dociągnął losy rodzinne do końca II wojny światowej, a teraz od końca wojny do 1989 roku.

Czy tato pokazuje bliskim na bieżąco fragmenty książki?

- Sporo o tym rozmawiamy - opowiada, o czym to będzie, jakie będą wątki ujęte, o czym są poszczególne rozdziały, ale nie czytał nam fragmentów. Mój ojciec pisze zajmująco i myślę, że ta pierwsza książka pokazała, że z jednej strony to jest historia tych dwóch rodzin - czyli w pewnym sensie prywatna - ale jednocześnie tak bardzo wpisana w historię Polski, że jest to pozycja historyczna. Interesująca na szczęście nie tylko dla członków tych dwóch rodzin, czyli Mackiewiczów i Orłosiów.

Ta atmosfera w domu, postawa ojca ukształtowała Pana. W latach 80. współpracował Pan z oficyną Nowa, która wydawała zakazane w Polsce zagraniczne publikacje. Był Pan niezłym konspiratorem, bo jako kolporter nigdy Pan nie wpadł.

- Tak, rzeczywiście, ale myślę, że wiele osób nie wpadło, bo w przeciwnym razie nic by nie było z tej działalności Nowej. Wiązało się z tym pewne ryzyko, ponieważ jak się chodziło w stanie wojennym po mieście i potem w latach 80. z plecakami i torbami wypchanymi książkami wydanymi - w moim przypadku głównie przez Nową - to było takie ryzyko, że jakiś patrol zauważy i zatrzyma. Chodziło oczywiście o to, żeby nie dać się złapać. Mnie się udało i trochę tych książek poroznosiłem. Zresztą, nie tylko książek, ale także nagrań audio i video. Byłem dumny, że mogłem z nimi współpracować.

Był Pan także bardzo dumny ze swojego taty...

- Tak, bo gdyby nie on, to zapewne nigdy nie poszedłbym w tę stronę. Bo skoro mój ojciec był założycielem “Zapisu”, tego pierwszego periodyku literackiego założonego w latach 70. i przychodzili do nas do domu współtwórcy, pisarze (mój ojciec przyjaźnił się np. z Markiem Nowakowskim, Adamem Michnikiem, współzałożycielem Nowej), to trudno było całą atmosferą nie nasiąknąć. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, jak dostać się do wydawnictwa. I udało się przez Adama Michnika.

Teraz jest Pan trochę kronikarzem swojej rodziny. Pana książki, pisane do szerokiego grona odbiorców, są taką formą pamiętników. Mam na myśli cztery części z serii “Kuba i Mela”. Dzięki nim, spełniło się chyba marzenie wielu pisarzy, “trafienia pod strzechy”. Fragmenty “Kuba i Mela. Dodaj do znajomych” znalazły się w podręczniku języka polskiego dla klas 5.

- To ciekawe, bo ja o tym fakcie nie wiedziałem. I to Mela, bohaterka książki, która uczyła się wtedy w szkole podstawowej, przyszła do mnie i pokazała, że w podręczniku jest ten fragment. Tekstowi towarzyszyło zadanie domowe: scharakteryzuj bohatera, odpowiedz na pięć pytań itd. W ten sposób dowiedziałem się, że trafiłem do podręcznika, a Mela, że będzie uczyć się o sobie podczas lekcji języka polskiego (śmiech).

Jak wygląda u Pana proces twórczy tych książek?

- Raczej wyglądał, ponieważ to zarzuciłem. Dzieci już dorośleją, zatem musiałbym zacząć tworzyć książki już nie tyle dla młodzieży, a dla dorosłych, a do tego jeszcze nie dojrzałem (śmiech). To znaczy, napisałem książki dla dorosłych, ale to nie jest beletrystyka.

Czy zatem wówczas, gdy Pan tworzył, czy spisywał na bieżąco różne sytuacje, powiedzonka z codzienności i zapisywał gdzieś na serwetkach?

- Tak właśnie było. Może nie na serwetkach, ale w telefonie - zapisywałem na szybko pomysły.

Jak doszło do współpracy z rysownikiem Henrykiem Sawką? Pan przyszedł do niego czy on do Pana?

- Rozmawialiśmy z wydawcą o tym, kto mógłby robić ilustracje i pojawiła się propozycja Henryka Sawki. Na początku wydawało mi się to niemożliwe do zrealizowania, bo to przecież zapracowany wybitny rysownik artysta. Znaliśmy się co prawda, ale nie sądziłem, że znajdzie dla mnie czas. Ostatecznie zgodził się dzięki koniom. Opowiedziałem mu, że w mojej książce jest opowiadanie o koniach, a moja córka jest koniarą. Sawka wtedy odpowiedział: “Ja też bardzo lubię konie, dobrze robimy to”.

Książka “Jak występować i zabłysnąć”, w dobie mnóstwa poradników pisanych dosłownie na kolanie, to naprawdę solidny podręcznik. Mówi Pan w nim, że 99% osób nadaje się do tego, żeby występować publicznie. Wystarczy nieco wiedzy i praktyki. Jak Pan osiągnął takie panowanie nad mową ciała?

- W Teleexpresie było o tyle łatwo, że miałem swoje miejsce, była jedna kamera, ustawione światło i kadr, i to było oczywiste. Natomiast wyobraźmy sobie prezesa jakiejś firmy, przed którym stawiają kamerę i musi coś nagrać. To nie jest takie proste. Odpada prompter, który jest oczywistym narzędziem w programie informacyjnym. Osoba musi sobie poradzić z wypowiedzią słowną, ale także mową ciała. Zazwyczaj ludzie są w stanie się tego nauczyć.

Ma Pan na swoim koncie także książkę “Teleexpres 30 lat minęło”. Została ona wydana kilka miesięcy przed pana odejściem z Teleexpressu. Czy wtedy wiedział Pan, że jest to faktycznie pożegnanie z telewizją publiczną?

- Nie. Wpadłem na ten pomysł, by namówić Marka Sierockiego i wydawcę, by na 30-lecie Teleexpressu przygotować taką książkę, dużo wcześniej - jeszcze przed wyborami. Proces jej tworzenia trwał bardzo długo. Tymczasem w maju 2016 roku wszystko się zmieniło. Polska stała się zupełnie innym krajem, a Teleexpress innym programem. Gdy się w tym zorientowałem, podjąłem dramatyczną decyzję, że powinienem odejść z programu. Jednak książka się ukazała. Wydawca nie był zachwycony, ale książki nie wycofał.

Telewizji ponoć Pan nie ogląda, jedynie sport. Sam też zaczął Pan działalność w internecie, prowadząc swój kanał na YouTube. Czy myśli Pan, że wróci kiedykolwiek do TV?

- Tak, są takie rzeczy, których w internecie nie da się oglądać, jak mundial czy jakaś walka bokserska, albo talent show. Jeśli ktoś lubi wielkie widowiska, to ich nie znajdzie na YouTube, ponieważ to są formaty ściśle telewizyjne. Podobnie jest z newsami, programami informacyjnymi. Ja sam, poza tymi wyjątkami, telewizji rzeczywiście nie oglądam, częściowo z braku czasu.

Wdrażam się teraz w formułę, jaką jest internet, gdzie obowiązuje inny język i inna komunikacja z widzem. Czuję, że już jestem tak w połowie drogi do nauczenia się tego i powoli gubię konwencję telewizyjną, czyli zmieniam sposób zwracania się do widzów, formułowania myśli i zdań.

Zresztą, prowadząc kanał na YouTube, nie mogę myśleć o prompterze, który był normą w Teleexpressie. Jest to dla mnie nowe pole, nowe wyzwanie, ale bardzo ciekawe. Język Youtube’a jest dla mnie bardziej interesujący.

Książka autorstwa M. Orłosia została sprzedana na licytacji za 150 euro. (Fot. Rafal Kostrzewa @dublinheadshot)

 

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.17 / 6

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 16.08.2019
GBP 4.771 złEUR 4.354 złUSD 3.928 złCHF 4.009 zł

Sport


Reklama