Menu

Jak żyją emigranci w Dublinie?

Jak żyją emigranci w Dublinie?
Autor książki - Łukasz Stec (Fot. Maja Wiśniewska/Wyd. Muza SA)
Niedawno miała miejsce premiera książki Łukasza Steca "Psychoanioł w Dublinie". To przepełniona ironią i czarnym humorem opowieść o życiu młodych ludzi w Dublinie. Jej bohaterami są Polacy, Czesi, Meksykanie, Turcy, Irlandczycy, ale także postaci z zaświatów i pewien lubujący się w filozofii kot – wszyscy tak samo bezradni wobec figli, jakie płata im rzeczywistość.

Autor kreśli wyrazisty portret pokolenia trzydziestolatków – zawieszonych gdzieś pomiędzy życiową stabilizacją a niefrasobliwym stosunkiem do związków i kariery. Sprawnie miesza konwencje literackie, łącząc elementy kryminału, komedii romantycznej, groteski i fantastyki.

Niedawno ukazała się pana książka „Psychoanioł w Dublinie”. Dlaczego zdecydował się pan umieścić akcję w Irlandii?
Łukasz Stec: Dublin ma w sobie coś, co bardzo pasowało do klimatu tej powieści. To niespotykana w żadnym innym miejscu w Europie mieszanka dynamiki, zabawy i melancholii. Z jednej strony jest słynny craic w przepełnionych i gwarnych pubach, z drugiej dosyć specyficzne, pełne spokoju i harmonii krajobrazy przedmieść. Taki też miał być „Psychoanioł w Dublinie” – bardzo dynamiczny,  lecz nie tracący przy tym pewnego refleksyjnego nastroju. Nieprzypadkowy jest też czas akcji. Okres tuż przed recesją gospodarczą z pojawiającymi się w społeczeństwie obawami współgra tu z nastrojem głównego bohatera, którego spokojne życie może się wkrótce zakończyć w tragiczny sposób.

Jakie ma Pan doświadczenia z czasów emigracji? Jak żyło się Panu w Irlandii?
Emigracja, szczególnie w środowisku multikulturowym, to taki stan, w którym człowiek może odkryć prawdziwego siebie, bez naleciałości kulturowych czy pewnych społecznych presji. Pod tym względem emigracja może się dobrze przysłużyć każdemu. W Irlandii odczuwa się to szczególnie, ponieważ panuje tu niesamowita atmosfera otwartości, luzu i braku oceniania innych. Dopiero na O’Connell Street mogłem sobie na głos pośpiewać, nie wzbudzając przy tym oburzenia lub zgorszenia wśród przechodniów. W Irlandii takie rzeczy nikogo nie dziwiły. Irlandczycy okazali się zatem nie tylko gościnni, ale też wyrozumiali (śmiech). Zresztą Irlandia zafascynowała mnie znacznie wcześniej, jeszcze pod koniec lat 90. Najpierw były jednak tylko zachwyty krajobrazami, dopiero później przyszła kolej na ludzi. To po prostu dobre miejsce do życia.

Co Pan sądzi o stereotypach dotyczących polskich emigrantów? Mają coś wspólnego z rzeczywistością?
W Polsce przez długi czas panował mit Polaka pracującego na zmywaku. Kiedy w końcu okazało się, że ma on tyle wspólnego z rzeczywistością, co demokratyczne referendum na Krymie – polskie władze i media zupełnie przestały mówić o młodej emigracji. Wyszło na to, że młodzi Polacy częściej robią większe kariery w Londynie, Dublinie czy Paryżu niż w Warszawie czy Krakowie, co stało się bardzo niewygodnym i dlatego przemilczanym faktem. To niezbyt dobre wizerunkowo, że polski magister w Dublinie pracuje w banku, w Londynie w agencji reklamowej, a w Krakowie rozdaje ulotki. A w Polsce nie ma nic ważniejszego niż wizerunek.

W Pana książce pojawia się cała plejada postaci. Oprócz głównego bohatera, Wowy, są także jego współlokatorzy, przyjaciele, znajomi z pracy, była żona. Czy „Psychoanioł w Dublinie” to również portret trzydziestolatków? Jak określiłby Pan to pokolenie?
Specyfiką polskich imigrantów w Irlandii jest to, że ich zdecydowana większość urodziła się na przełomie lat 70. i 80. Ma to swoje naturalne odzwierciedlenie w książce, gdzie większość bohaterów, nie tylko Polaków, ale też Czechów, Meksykanów czy Turków, ma około trzydziestu lat. W Polsce mówi się często, że to stracone pokolenie. Czterdziestolatkowie od historii dostali w prezencie niż demograficzny i budowany od podstaw kapitalizm, czyli czas, gdy każdy, kto miał choć odrobinę chęci, mógł w życiu zawodowym osiągnąć niemal wszystko, bo wszystkiego wówczas brakowało. Media, agencje reklamowe, firmy informatyczne, finansowe – tego w Polsce nie było, nikt się na tym nie znał, więc wystarczyła odrobina ochoty i inicjatywy, by tworzyć coś nowego od podstaw, nawet za bardzo się na tym nie znając. Filozofowie zajęli się finansami, a mechanicy samochodowi otworzyli agencje reklamowe.

Pokoleniu dwudziestolatków też trafił się niż demograficzny, a do tego zbiegło się to z rewolucją technologiczną, dzięki czemu ich znajomość wszelkich możliwych aplikacji komputerowych jest zazwyczaj większa niż znajomość imion własnego rodzeństwa. Zagubieni w tej materii czterdziestolatkowie zatrudniają więc ich, aby ci prowadzili im konta na Facebooku. Między tymi generacjami znajduje się pokolenie wyżu z okolic stanu wojennego, które nie załapało się już na dobra lat 90., a internet poznawało pobieżnie dopiero na studiach, traktując go jako nowocześniejszą formę gazety.

Zagubieni w tym wszystkim obecni 50-60 -latkowie mówili im „ucz się, ucz, bo nauka to potęgi klucz”, licząc na to, że ich dzieci dzięki studiom zrobią kariery rodem z lat 90. Po latach okazało się, że studia nie mają tu nic do rzeczy, a wielkie kariery z wczesnego kapitalizmu robiły osoby z wykształceniem typu malarz-tapeciarz czy mechanik pralek. Tysiące osób z wyższym wykształceniem stanęło przed wyborem – emigracja albo parzenie kawy w firmie należącej do byłego malarza-tapeciarza w ramach kolejnego stażu. Minęło kolejnych kilka lat i powoli klaruje się obraz, w którym moi znajomi rówieśnicy mają dobre, ciekawe prace za granicą, a właśnie w Polsce są „underemployed”. Kto nie zdał tu zatem egzaminu?  Rzekomo niemobilni, nieprzystosowani i niezaradni trzydziestolatkowie czy polski rząd i miejscowi biznesmeni, którzy za kilka lat znowu będą płakać, gdy kolejny Podolski będzie strzelać gole dla innej reprezentacji? Nie tylko w piłce nożnej czy sporcie...

Zagadkowe są dwie inne postaci z Pana książki. Pierwsza to kot-filozof z depresją. Czy to nawiązanie do „Mistrza i Małgorzaty”? Jaką rolę odgrywa kot w życiu głównego bohatera?
Kot Borys to jedna z moich ulubionych postaci w powieści – rudy kocur czytający książki i słuchający muzyki, jakże go tu nie lubić? Jest nie tylko kotem z krwi i kości ze swoimi humorami i ironicznym podejściem do otoczenia, jest również prawdziwym humanistą zafascynowanym książką „Mieć czy być” Ericha Fromma i zatroskanym kondycją współczesnego świata. To nie tylko najlepszy przyjaciel głównego bohatera, ale trochę też jego alter ego, przypominające mu o tym, co z niego uszło wraz z upływem lat. Oczywiście, że na myśl przywodzi Behemota, ale raczej tylko w pierwszych rozdziałach. Wraz z rozwojem akcji pokazuje zupełnie inne oblicze.

Kolejna postać, która mnie intryguje to tytułowy Psychoanioł. Mógłby Pan zdradzić, kim jest i skąd wziął się pomysł na tę postać?
To podchwytliwe pytanie, na które odpowiem nieco wymijająco (śmiech). Psychoanioł to jeden z gatunków aniołów przydzielany ateistom wierzącym w potęgę psychologii. Zamiast praktykować modlitwy uczęszczają na kursy psychologiczne. Sami jednak mogą wykazywać tendencje maniakalne, przez co nigdy nie wiadomo czego się po takim spodziewać. Niby są aniołami, ale mają na przykład skłonności do pijaństwa i hazardu. Można się zatem domyślić, co stanie się z takim, gdy trafi do Dublina, miejscowych pubów i na wyścigi konne. A skąd wziął się pomysł? To chwilowo pozostanie tajemnicą, która rozwiana jest w ostatnim rozdziale powieści.

***
Łukasz Stec – rocznik 1982, autor zbioru opowiadań „Bimber” (Wydawnictwo Naukowe Semper 2007), publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Przeglądzie”, „Kulturze” i „Pograniczach”, w latach 2007-2008 pracował jako redaktor naczelny tygodnika „Życie w Irlandii”. O jego pierwszej książce napisano: „Autor nawiązuje oszczędną formą do najlepszych tradycji krótkich form literackich” (Kurier Podlaski), „Młody autor w bardzo wysokim stopniu dysponuje zarówno zmysłem obserwatora, jak i biegłością pióra” (ProArte), „Lekkość pióra, ironia i uszczypliwy dowcip to główne atuty prozy Steca” (ArtPapier). Mieszkał w Katowicach, Bytomiu, Dublinie, Wrocławiu, Five Oak Green, Las Palmas de Gran Canaria, Krakowie, obecnie w Warszawie.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.2 / 10

Komentarze


Nikt jeszcze nie skomentował tego tematu.
Bądź pierwszy! Podziel sie opinią

Dodaj komentarz


Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 20.07.2017
GBP 4.759 złEUR 4.212 złUSD 3.660 złCHF 3.828 zł

Sport


Reklama