

Buenos Aires, jak nam wszyscy mówili, jest bardzo europejskie. Niektórzy porównują je do Paryża, m.in. dlatego, że w pewnym momencie szaleni urbaniści zaczęli je przebudowywać na jego wzór. Możliwe, że ma coś z naszych europejskich metropolii, ale na pewno jego urok jest jedyny i niepowtarzalny.
Nie będziemy was zanudzać opisami, spróbujcie zrobić sobie Buenos w domu. Oto przepis na Buenos Aires, z którego sami możecie ulepić sobie jego charakter:
Tango: wszechobecne i energiczne, najlepiej tańczone na ulicy.
Woda: najlepiej, żeby jej było dużo, w postaci kanału albo doków, na których można cumować statki.
Kolorowa blacha, z której można budować domy: takie cuda można oglądać w dzielnicy La Boca, gdzie włoscy imigranci z Genui próbowali odtworzyć sobie ojczyznę – im taniej i bardziej kolorowo, tym lepiej.
Wysokie kamienice, takie na wzór Paryża czy przedwojennej Warszawy.
Hałaśliwe autobusy: najgłośniejsze jakie można sobie wyobrazić.
Tomatos Locos: czyli Szalone Pomidory – sprzedawane na każdym rogu ulicy, sztuczne pomidory, które rzucane o stół czy ścianę, rozchlapują się, by po chwili zebrać się z powrotem w nowiutkiego pomidora.
Mięso, najlepiej wołowina i najlepiej dużo: pierwszorzędne, wysokojakościowe, grillowane na wolnym ogniu, na otwartym powietrzu, na każdej ulicy, dla którego Risky stracił głowę.
Chorizo: wyśmienita argentyńska kiełbasa… boimy się trochę reakcji, ale cóż, zaryzykujemy, lepsza od polskiej!
Cachafaz: ciastko przekładane karmelem i oblane czekoladą – rzecz, bez której Witka nie wyobraża sobie już życia.
Zieleń: najlepiej ulepiona w pierwszorzędne parki.
Trochę starego Palermo: tak nazywa się dzielnica (Palermo Viejo), która Witce przypadła najbardziej do gustu.
Piłka nożna: już nie sport, ale narodowa obsesja.
Wszystkie składniki wymieszać, wstrząsnąć i dodać dużo słońca. Gotowe.
Patagonia
Patagonia. Nasz główny cel w Ameryce Południowej został osiągnięty 27 października, kiedy to po trzygodzinnym locie z Buenos wylądowaliśmy w El Calafate. Szaro tu i wieje. Takie pierwsze wrażenie.
Jesteśmy na tej samej szerokości geograficznej co Polska, tylko po drugiej stronie półkuli ziemskiej. Jesteśmy tu dopiero tydzień, a wydarzyło się już tak wiele, że nie wiemy, od czego zacząć.
Lodowce i wiatr
Dojeżdżając z lotniska do miasteczka El Calafate mieliśmy okazję oswoić się z nowym krajobrazem. Turkusowe jezioro Argentino, równiny, pagórki i wszelkiego typu góry. Małe, duże, okrągłe, pionowe, ośnieżone, zalesione, trawiaste, kamieniste, granitowe, piaszczyste.
Kiedy dojeżdżaliśmy do miasteczka wydawało nam się, że mieszkańcom mało tej ogromnej przestrzeni, gdyż domy porozrzucane po okolicy jak kapsle na stole bilardowym. Centrum trochę bardziej skondensowane, aczkolwiek i tak szerokie ulice oraz niska zabudowa stwarzały trochę atmosferę miasteczka z "Przystanku Alaska".
Perito Moreno to nazwa jeziora lodowca (część czapy lodowca Hielo del Sur), która wpada do jeziora Argentino i który można podziwiać z niewielkiej odległości z półwyspu Magellanes, w parku narodowym Los Glaciares, jakieś 80 km od miasteczka.
O tej porze roku 60-metrowa, pionowa ściana jeziora topi się odrywając kawały lodu, które wpadają z impetem i hukiem do jeziora. Tam tez się wybraliśmy oglądać to cudo. W upiornym, wszechobecnym, patagońskim wietrze. Cudo nie rozczarowało nas ani trochę. Nie będziemy opowiadać, lepiej popatrzeć na zdjęcia...
W następnym odcinku ciąg dalszy patagońskich historii.
| Oceń artykuł: | Aktualna ocena: 4.63 | Autor: |
|
Ilość głosów: 8
|
Witka & Risky |
1-1 (1) 
1-1 (1) 


















