

Na granicy zaczął się asfalt. Jakoś tak obco wyglądał po tym "bezasfaltowym" czasie w Boliwii. Wsiedliśmy do bardzo cywilizowanego autobusiku, by zjechać ponad 2 km niżej, do chilijskiej oazy San Pedro na najsuchszej pustyni świata – Atakamie.
Podroż trwała 45 minut i z każdą minutą zdejmowaliśmy jedną część odzienia. Zaczęliśmy od czapek, a skończyliśmy na skarpetkach. Dojeżdżając do San Pedro, niewiele mieliśmy na sobie, a i tak było nam okrutnie gorąco. Rożnica temperatur miedzy naszym porankiem a południem wyniosła około 20 stopni Celsjusza.
Na miejscu okazało się, że najbliższy autobus do Salty (miasto w Argentynie, do którego chcemy się dostać) odchodzi dopiero za 4 dni. Więc, chcąc nie chcąc, utknęliśmy w tej oazie pośrodku pustyni. Kilkakrotnie natykaliśmy się na naszych nowych znajomych, z którymi dzieliliśmy boliwijską przygodę, a z którymi rozstaliśmy się na granicy. Stąd każde z nas pojechało w inna stronę.
San Pedro de Atacama to miasto pełne słońca i psów. Można powiedzieć, że to ładne, pieskie miasto. Zmienilibyśmy jego nazwę z San Pedro (Święty Piotr) na San Perro (Święty Pies). Podczas naszego kilkudniowego tu pobytu nie natknęliśmy się dwukrotnie na tego samego psa. One pracują chyba na jakieś zmiany. Wszystkie są niezmiernie przyjazne, a na widok szeleszczących opakowań w twojej ręce stają się twoimi najlepszymi przyjaciółmi.
Śmietniki w mieście są "pso-przyjazne" – psiaki wkładają pyski do szerokich, wygodnych otworów na boku śmietników i przechylają je sobie (śmietniki są na luźnych zawiasach), wysypując zawartość i urządzając sobie szwedzki stół. Szwedzki chodnik w tym wypadku.
Witkę kusiły straszliwe wszechobecne reklamy przejażdżek konnych po pustyni. Risky krzywił się na tę myśl. Kompromis nr 346 został zawarty i wypożyczyliśmy dwa zakurzone, dwukołowe rumaki. Czyli rowery górskie.
Postanowiliśmy pojeździć po tej nieprzyjaznej ludziom pustyni. Pojechaliśmy do… Doliny Śmierci… Tam stanęliśmy oko w oko z… piaskiem, Risky zidentyfikował jeszcze kilku innych wrogów – byli to: glina, ił i kalcyt. Poza tym ani grama życia. Żadnego zwierzaka, żadnej roślinki. No, nie licząc sandboardowców – czyli zapaleńców snowboardu, którzy zjeżdżali na deskach z wysokich wydm w Dolinie.
Na szczęście nasze rumaki dawały sobie świetnie radę w tym nieprzyjaznym środowisku i przejechaliśmy kawał drogi rodem z Dzikiego Zachodu. Dni w San Pedro mijały leniwie i słonecznie. Gdyby nie otaczający miasteczko pustynny krajobraz i wrogie wulkany, nie pomyślelibyśmy, że jesteśmy na najsuchszej pustyni świata.
W San Pedro mieliśmy dość dużo czasu na bzdury. Dlatego może zwizualizowaliśmy sobie totalnie abstrakcyjne, jednorazowe marzenia. Witce podczas ostatniej nocy w San Pedro śniła się krowa. Prawdziwa, czarno-biała, polska krowa. Oczywiście, nie musimy wspominać, że ani w Peru, ani w Boliwii, ani nawet na pustyni Atacama takich krów nie ma. Do tego śniły jej się, jak zwykle, konie. Riskiemu z kolei od jakiegoś czasu chodziły po głowie pingwiny. Bardzo chciał jednego chociaż zobaczyć. Nasze marzenia spełniły się podczas ponad 30-godzinnej podróży do Buenos Aires.
Otóż już w autobusie okazało się, że jedziemy z pięcioma okazałymi pingwinami. Czyli siostrami zakonnymi. Risky oszalał. Siostrzyczki (określenie "siostrochy" bardziej by tu pasowało) jechały do miejscowości Jujuy. I tutaj zaczyna się ciekawa historia.
Otóż hiszpańskie “j” czyta się jak polskie “h”, a “y” jak “j”. Możecie teraz przeczytać, jak wymawia się Jujuy. Co tu dużo mówić, byliśmy trochę zniesmaczeni jak siostrzyczki z uśmiecham na twarzach co kilka minut wypowiadały nazwę swojej destynacji. Niczym nie zmieszane, jak już dojechaliśmy do Jujuy, razem ostatni raz wykrzyknęły z ogromną radością nazwę miasteczka. Tak rozstaliśmy się z marzeniem Riskiego.
Kiedy zjechaliśmy z And i wjechaliśmy na argentyńskie niziny spełniło się marzenie Witki. Zobaczyła krowę. Prawdziwą, czarno-białą krowę. Z każdym kilometrem ich przybywało. Do tego zaczęły się pojawiać konie. Konie były wszędzie. Na pastwiskach, w zagajnikach, w lesie, miedzy krowami. Na ulicach, na chodnikach. W mieście Rosario pasły się nawet w centrum miast, na trawiastych wysepkach między pasami ruchu szybkiej trasy, nie zważając na hałasy czy swe rozwiane przez pędzące auta grzywy.
Argentyna okazała się krowo-konnym rajem. Nie trzeba wspominać, że Witce się tu bardzo podoba.
W argentyńskiej Salcie zmieniliśmy autobusy i po 31 godzinach wysiedliśmy w Buenos Aires…
| Oceń artykuł: | Aktualna ocena: 3.00 | Autor: |
|
Ilość głosów: 6
|
Witka & Risky |
1-5 (5) 
1-5 (5) 


















