Menu

Polacy na świecie: "Moja Australia"

Polacy na świecie:
Eva Hussain mieszka w Australii już ponad 30 lat i dobrze zna ten kraj. (Fot. Arch. prywatne Evy Hussain)
Odległe zakątki świata, miejsca znane nam tylko z mapy - Polaków można znaleźć jednak na każdym kontynencie. Jak tam trafiają? Czy żyje im się dobrze? I czy tęsknią za Polską? Eva Hussain wybrała na swoją drugą ojczyznę Australię.

Australia kojarzy się nam z kangurami, misiami koala i gigantycznymi insektami. O tym, jak się tam żyje, wiemy raczej niewiele.

Eva Hussain też nie bardzo wiedziała, czego może się spodziewać na antypodach, gdy 32 lata temu wyjechała z Polski i przez Paryż – jako 18-latka i młoda mężatka oczekująca dziecka wylądowała na antypodach. Początki wspomina jako trudne, ale jej historia pokazuje, że dobry pomysł na biznes i samozaparcie przynoszą rezultaty.

Eva Hussein od wielu lat mieszka w Melbourne - największym mieście stanu Wiktoria, które kiedyś było stolicą Australii... (Fot. Thinkstock)

Pani Ewo, jak się zaczęła Pani przygoda z Australią?

- Gdy przyjechałam do Melbourne, nie miałam nawet matury, więc po kilku latach poszłam do szkoły i pracowałam w różnych miejscach, jak wszyscy emigranci tamtych czasów na początku pobytu w nowym kraju. W 2000 roku założyłam swoją własną firmę, która rozwija się dość dynamicznie. Na rynku australijskim zajmujemy się tłumaczeniami nie tylko na język polski, ale i inne – w sumie ok. 150 różnych języków... W 2003 roku zaczęliśmy się zajmować obywatelstwem polskim dla osób, które mają polskie korzenie i chciałyby wyjechać do Europy.

Czy było to związane z planowanym wejściem Polski do Unii Europejskiej?

- Tak, na początku była to usługa dość niszowa, ale z czasem zainteresowanie uzyskaniem polskiego paszportu bardzo się zwiększyło. W międzyczasie weszłam w różne struktury polonijne, które są dość skomplikowane – jak chyba wszędzie. Jest to praca społeczna, która przynosi wiele satysfakcji osobistej, ale związana jest z przysłowiowym zakasywaniem rękawów, jeśli chce się coś konkretnego osiągnąć. W Wielkiej Brytanii słyszy się na przykład o podziale „stara” i „nowa” Polonia – i w Australii jest podobnie. Trudno jest zwerbować osoby młode lub te, które pochodzą z drugiego lub trzeciego pokolenia Polaków i tu właśnie ta przepaść między falami emigrantów jest najbardziej widoczna.

A kto należy do tej „starej” Polonii w Australii?

- Są to osoby, które wyjechały w latach czterdziestych i pięćdziesiątych - najczęściej z Niemiec, ale nie tylko, bo te drogi emigracyjne były różne czasami i niektórzy przyjeżdżali przez Syberię, Indie, Persję, czyli dzisiejszy Iran, a nawet Chiny i Japonię. Była na przykład w Nowej Zelandii grupa sierot, 550 dzieci, które zamieszkały tam potem na stałe.

Ale i przed wojną w Australii mieszkało sporo Polonii - z tym, że to byli w większości Żydzi. Nie wiadomo dokładnie, ilu przyjechało Polaków tuż po wojnie, ale to były setki tysięcy. Mimo iż proces imigracyjny był bardzo formalny, kraj urodzenia często zapisywany był błędnie, a poza tym, wiele osób identyfikowało się jako Polacy, chociaż mogli urodzić się na terenach, które w 1945 r. do Polski już nie należały, albo na przykład rodzili się we Francji, Włoszech lub na Syberii Polacy przyjeżdżali tu na kontrakty dwuletnie do pracy i potem dopiero mieli możliwość występowania o pobyt stały. Sporo młodych Polaków, którzy wiązało się z Niemcami lub Niemkami, a małżeństwa te często nie wytrzymywały próby czasu. 

Ta stara Polonia to są najczęściej ludzie, którzy już teraz mają po 90 lat lub więcej i wymagają bardzo intensywnej pomocy i wsparcia społecznego.

Kangury żyją tylko w Australii, dlatego często są swoistym symbolem tego kontynentu... (Fot. Thinkstock)

Czy Polacy emigrowali tylko do Sydney i Melbourne, czy były też inne kierunki? 

- Najczęściej właśnie wyjeżdżali do dużych miast, choć oczywiście można też znaleźć niewielkie skupiska Polaków poza nimi, regionalnie. Ogólnie rzecz biorąc w całej Australii żyje chyba około 60 tys. Polaków – w każdym razie tak wynika ze spisu ludności, kiedy to zbierane są informacje o kraju urodzenia i języku, którym się włada w domu. 

A to nie do końca nam mówi, czy kogoś można uznać za Polaka, prawda?

- Dlatego właśnie podkreślam, że nie jest to do końca jasne - mówi się, że w Australii jest między 60 a 100 tys. Polaków. Była przecież jeszcze w latach osiemdziesiątych posolidarnościowa emigracja i 20 tys. osób wówczas przyjechało tu jako azylanci. 

Czy kolejne pokolenia Polonii asymilują się z Australijczykami na 100%, czy powstają jakieś nowe organizacje polonijne kultywujące polskie korzenie?

- W Australii jest troszeczkę inaczej niż np. w Stanach, gdzie polskością się żyje od dziada pradziada. Weźmy na przykład Chicago, gdzie są polskie sklepy, polskie dzielnice... Podobnie zresztą w Nowym Jorku. W Australii jest inaczej o tyle, że ta asymilacja czy ta integracja jest bardziej przyjęta. Wielokulturowość jest jak najbardziej promowana i można mieć własną tożsamość, ale często to drugie pokolenie, jak gdyby wstydziło się rodziców z tej starej Polonii i zacierało ślady korzeni polskich próbując zintegrować się ze społeczeństwem australijskim. Z drugiej zaś strony jest wiele rodzin, gdzie tradycje polskie są bardzo mocno kultywowane a związki z ojczyzną są bardzo bliskie, zwłaszcza, jeśli w Polsce mieszka jeszcze rodzina. Po wojnie, wiele osób przyjeżdżało do Australii bez wykształcenia i pracowało jako robotnicy fizyczni. Najważniejsze dla nich zawsze było, żeby mieć własny dom i kawałek ziemi. Dzieci tych emigrantów mówią po polsku, ale często takim bardzo łamanym „kuchennym” polskim. Wielu z nich nigdy w Polsce nie było, bo się bali z różnych względów tam pojechać. Polskę znają tylko z opowieści rodziców, a nie zawsze malowana była ona w pozytywnych kolorach.

Australia to nie tylko pustynne krajobrazy, co nasza rozmówczyni uwieczniła na zdjęciu. (Fot. Arch. prywatne Evy Hussein)

Wielu mężczyzn trafiało do Australii po wyjściu z obozów jenieckich i nigdy nie ułożyło sobie życia. Przez chwilę było nawet więcej mężczyzn niż kobiet w społeczności polskiej. Przez pewien okres czasu społeczność polska znana była z największego procentu depresji i samobójstw ze wszystkich grup etnicznych w Australii! Wynikało to chyba z tego, że wiele z nich przeszło ogromną traumę, o których w tamtych czasach się po prostu nie mówiło.

Teraz to się zmieniło, ale parę lat temu nasze środowisko było właśnie z tego znane. Przez ostatnie 10-15 lat, liczba osób pochodzenia polskiego bardzo spadła ze względu na śmiertelność.

W jakich organizacjach polonijnych Pani działa?

- Trzeci rok już działam w komitecie Federacji Organizacji Polskich w stanie Wiktoria (w Australii jest 6 stanów i dwa terytoria stanowe). Każdy stan ma przedstawicielstwo – organizację, która zrzesza w sobie mniejsze np. kluby seniora, związki profesjonalistów polskich, grupy taneczne, szkoły polskie itp.

Poza tym co roku lub dwa lata organizowany jest Polart – polski festiwal sztuki i wydarzenie kulturalne, które wiąże się z wystawami i przedstawieniami teatralnymi. Ponadto w Melbourne raz do roku jest też festiwal polski, gdzie króluje polskie jedzenie, tańce i śpiewy... Jest to impreza otwarta dla wszystkich i odbywa się w centrum miasta. Przychodzą na nią nie tylko Polacy, niektórzy wpadają, żeby posmakować polskich pierogów, ale pojawiają się także osoby zainteresowane polskimi tradycjami, kulturą i sztuką, które nie wywodzą swoich korzeni z Polski.

W Sydney z kolei jest polskie święto Bożego Narodzenia. Wspierane przez konsulat RP w Sydney, impreza ta polega na pikniku i festynie.

Czy polska ambasada partycypuje w tych imprezach polonijnych?

- Ambasada RP jest w stolicy, czyli Canberrze, a konsulat w Sydney. Musimy jednak pamiętać, że Australia jest mniej więcej wielkości całej Europy i odległość pomiędzy Sydney a Melbourne to 780 km. Trudno więc, by polskie placówki włączały się we wszystkie polonijne wydarzenia. W Melbourne. Perth, Adelaide, Brisbane i Hobart działają konsulowie honorowi. 

Canberra to stolica Australii, leżąca w odległości 280 km od Sydney i 660 km od Melbourne. (Fot. Thinkstock)

Czy zauważyła Pani np. w ostatnich latach napływ Polaków do Australii? Polacy teraz często przemieszczają się po świecie.

- Mało kto o tym wie, ale swego czasu Polacy wpisani byli na listę „niechcianych” gości w Australii. Wzięło się to stąd, że rząd australijski nie wpuszczał tutaj młodych Polaków na wizach turystycznych, obawiając się, by nie zostawali nielegalnie i pracowali na czarno. Teraz występując o wizę turystyczną dostaje się ją od ręki, co spotyka się ze sporym zdziwieniem ze strony osób o nie występujących. To już nie są jednak te czasy, gdy Polacy chcieli na stałe przyjeżdżać do Australii. Przyjazd do Australii jest owszem atrakcyjny, ale młodzi Polacy wpadają tutaj na krótko: popracują, pozwiedzają kraj czy zrobią sobie studia i wracają do Polski.

A co Australijczycy myślą o Polakach? Był lub jest jakiś stereotyp naszego rodaka?

- Nie jest to może popularny pogląd, ale w latach osiemdziesiątych wielu Polaków kombinowało - nie ma co ukrywać – i tak byli trochę postrzegani. Dużo Polek pracowało jako sprzątaczki, a mężczyźni pracowali fizycznie, pobierając przy tym zasiłki. Wielu mieszkało w jednej dzielnicy w Melbourne, która jest blisko morza - teraz jest jedną z najdroższych dzielnic, ale wtedy tak nie było. Ludzie ci pokupowali sobie później własne domy i wyprowadzili się dalej od centrum, wykształcili swoje dzieci w dobrych szkołach i sami znaleźli lepsze zatrudnienie.

Natomiast polskie społeczeństwo ogólnie mówiąc jest zintegrowane w porównaniu z innymi. Nie ma właściwie dzielnic, w których mieszkają sami Polacy albo w których są same polskie sklepy.

Generalnie nie wyróżniamy się więc za bardzo, bo są większe grupy etniczne takie jak Grecy czy Włosi, ale obecnie zauważa się przyjazne nastawienie do Polaków. Nie ma na przykład kawałów o głupim Polaku jak w USA i poczytywani jesteśmy jako naród pracowity, mądry, spokojny i w dużym stopniu zasymilowany. Niestety, zauważam sporo zachowań ksenofobicznych i nawet wręcz rasizmu wśród Polaków w stosunku do innych grup etnicznych, co jest dziwne, bo jesteśmy przecież narodem emigrantów i słyniemy od wieki wieków z tolerancji. 

Koala - kolejne charakterystyczne dla Australii zwierzę - schodzi na ziemię tylko po to, aby przejść na kolejne drzewo... (Fot. Thinkstock)

Czy wśród Polaków w Australii są jakiekolwiek problemy ze znajomością języka angielskiego? 

- Są – głównie wśród starszych osób, bo gdy się przestanie pracować - to się wypada z obiegu i trochę traci kontakt ze środowiskiem anglojęzycznym. W szpitalach czy w sądach jest też duże zapotrzebowanie na usługi językowe i w niektórych miastach brakuje u nas polskich tłumaczy.

To może otwiera się rynek dla tych Polaków, którzy być może po Brexicie będą chcieli wyjechać z Wielkiej Brytanii?...

- Możliwe, bo na liście zawodów poszukiwanych widnieje m.in. tłumacz.

A jak się Polakom żyje w Australii?

- Ogólnie życie można określić jako może trochę nudne, ale jest ono za to spokojne. Istnieje obecnie trend powrotu do swoich korzeni. Zauważa się go najczęściej u trzeciego pokolenia, które jest aktywnie zainteresowane krajem swojego pochodzenia, językiem i kulturą.

Australię można określić mianem kraju raczej hermetycznego. Ostatnio dużo toczy się rozmów na temat imigrantów, na temat wielokulturowości, islamizacji, radykalizmu, bezpieczeństwa i przyszłości imigracyjnej tej największej na świecie wyspy zamieszkałej przez 25 milionów ludzi. Z jednej strony przyjmujemy rocznie 12 tys. uchodźców, a z drugiej strony przyjeżdża do nas około 200 tys. tymczasowych pracowników rocznie – w tym Polaków - którzy dostają wizę na cztery lata - i to jest jedyny sposób na to, żeby sprowadzić siłę roboczą w niektórych zawodach.  

Obecnie prowadzimy dużo rozmów na temat tego, kto tu do nas przyjeżdża, bo okazuje się, że przeciętny Australijczyk nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Mało kto wie na przykład, że najwięcej nielegalnych imigrantów przyjeżdża tutaj z Wielkiej Brytanii. Ludzie ci łamią warunki wizowe i są często deportowani, ale o tym się nie mówi głośno.

Sydney to największe i chyba najbardziej znane miasto Australii i Oceanii. (Fot. Thinkstock)

Na co dzień Australijczycy się uśmiechają i są życzliwi, a co sobie naprawdę myślą - tego nikt nie wie. To takie angielskie bardzo, prawda? Ponadto wszyscy sprawiają wrażenie bardzo zrelaksowanych i bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że to wcale do końca tak nie jest. Komunikacja w pracy odbywa się w sposób mało formalny, ale nie oznacza to wcale, że wszyscy są przyjaźni i dobrze nastawieni. W kulturę pracy wpisana jest ambicja, asertywność, pewność siebie, które czasami poczytywane mogą być jako zarozumialstwo i wyniosłość.

Za to jeszcze jest jedna ważna rzecz w Australii, na którą warto zwrócić uwagę:  ludzie się tutaj nawzajem wspierają. Jeśli ktoś ma jakiś na coś pomysł, nikt mu raczej nie powie: "idź tam, usiądź w kącie", tylko "brawo, bardzo dobrze, jesteśmy z ciebie dumni!" - nawet jeśli jest to podejście odrobinkę fałszywe. To z kulturą polską bardzo się ściera i musiałam się tego nauczyć, gdy pracowałam w korporacjach – owszem, niby z jednej strony zachęca się do mówienia tak zwanej prawdy w oczy, ale z drugiej strony może być to poczytywane jako nieustanny negatywizm i spoufalanie się. Polakom natomiast ciężko się z takim lekkim fałszem żyje i to wieczne uśmiechanie się czasami się przejada. Osobiście uczę się na nowo mówić, co myślę. Nie chcę oczywiście nikogo urazić, więc jest to prawdziwa sztuka.

Co może Pani powiedzieć o jakości życia w Australii? Czy jak już się tam pracuje, możemy liczyć na dobre życie?

- To ciekawe pytanie, na które nie wiem nawet jak odpowiedzieć. Przede wszystkim i ogólnie rzecz biorąc, wszyscy oszczędzają i kupują sobie dom - to jest dla wielu osób najważniejsza rzecz. Tymczasem teraz młodych ludzi po prostu nie stać na taki zakup, bo średnia cena domu w dużych miastach to milion dolarów. W Australii praktycznie nie ma zwyczaju mieszkania w apartamentach - dopiero ostatnio zaczęto je budować. Wielkie miasta są tak rozbudowane osiedlami domków, że sam przejazd przez nie zajmuje 4 godziny. 

Są też inne rzeczy, na które nie stać wszystkich - na przykład teatr, do którego bilety są bardzo drogie. Tymczasem w Polsce, gdy byłam w teatrze, to widziałam panie emerytki, co oznacza, że jest to rozrywka bardziej dostępna.

Poza tym w Polsce można wyjść z domu i sobie gdzieś iść, a u nas trzeba wsiadać w samochód i jechać w jedną stronę półtorej godziny - wszędzie po prostu jest daleko! Poza tym centra miast po godzinach pracy wymierają, bo tam nikt nie mieszka - znajdują się w nich głównie biurowce. Wszyscy wyjeżdżają do tych sypialń swoich, do tych domków z ogródkiem, z których wszędzie jest daleko .

Aborygeni to rdzenni mieszkańcy Australii. (Fot. Getty Images)

A z jakimi problemami boryka się teraz Australia? 

- Nie ma biedy, ale jest coraz więcej bezdomnych ludzi - i to się widzi na przełomie kilku ostatnich lat coraz bardziej.

Poza tym nikt nie mówi o problemie Aborygenów - jakby tego nie było. To takie społeczne tabu, tymczasem Aborygeni żyją najczęściej w rezerwatach lub dużych miastach i mają dużo problemów społecznych. Alkohol, wąchanie kleju, bardzo młode dziewczyny zachodzące w ciąże to tylko kilka przykładów. Ale Australijczycy w ogóle nie potrafią sobie z tym dać rady, więc o tym nie mówią. Jest to taki wstyd i problem społeczny, z którym trudno sobie dać radę.

Czy myśli Pani o powrocie do Polski?

- Myślę, ale tylko na pół roku i tylko latem. Z wiekem coraz bardziej mnie do kraju ciągnie, zresztą bardzo dużo się w Polsce zmieniło. W Polsce jest fajnie z różnych względów, ale nie mieszkam tam na stałe, więc trudno mi powiedzieć, jak się tam naprawdę tam żyje przeciętnemu Polakowi. Wydaje mi się, że jest to nadal kraj kontrastów, ale jestem pod wrażeniem tych zmian, rozmachu i nowoczesności, które zmieniają nawet miasta-kopciuszki, na przykład Łódź, z której pochodzę, w piękne metropolie.

Myśląc sobie o tym wszystkim tak czysto filozoficznie, to nie wiem nawet, czy mam prawo wracać do Polski, z której uciekaliśmy wszyscy przecież jak szczury z tonącego statku. Mam w stosunku do Polski i do Polaków bardzo dużo szacunku, właśnie przez to, że wywindowali kraj i siebie samych na płaszczyznę, z której możemy być wszyscy teraz dumni. Faktem jest, że mnie w tych najcięższych może czasach w Polsce nie było, więc mam podejście do tego wszystkiego troszkę ambiwalentne. W każdym razie jestem dumna z tego, co Polska osiągnęła, a ja sama wkładam sporo pracy społecznej we wsparcie społeczności polskiej w Australii.

Dziękuję za rozmowę.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 5.17 / 18

Komentarze


  • JJ
    18 lipca, 06:12

    Powiało lepszym światem, no i spokojem. Mam znajomych w Australii, którzy tam są od wielu lat i jak twierdzą, nigdy by nie wrócili na stałe do Polski, bo tam żyje się dużo lepiej i spokojniej. Mają pewność dnia jutrzejszego.

  • THC
    19 lipca, 14:57

    Vivat Polonia ! gdziekolwiek jesteście

Dodaj komentarz


Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 20.07.2017
GBP 4.759 złEUR 4.212 złUSD 3.660 złCHF 3.828 zł

Sport


Reklama