Menu

"Miało być tak pięknie". Listy do redakcji maj/czerwiec 2017

Użytkownicy portalu Londynek.net. którzy napiszą do redakcji mogą wygrać nagrodę pieniężną. (Fot. Thinkstoc)
"Jak poradzić sobie z samotnością?", "Pod Calais przeżyliśmy szok", "Jak wyrobić numer NIN?" - w ostatnim miesiącu do redakcji Londynek.net napłynęło rekordowo dużo korespondencji. Z przyjemnością przypominamy, że każdy, kto napisze do redakcji, może wygrać gotówkę. Zasady przyznania tej nagrody znajdują się na końcu artykułu.

W ostatnich miesiącach większość listów dotyczyła spraw codziennych. Wśród korespondencji znalazły się pytania z półki porad praktycznych, ale i o radzenie sobie z samotnością na emigracji.

Powraca też problem bezpieczeństwa w okolicach Calais, który ma związek z koczującymi tam imigrantami. Nasi rodacy mieli tam bardzo nieprzyjemne doświadczenia. Postanowiliśmy opublikować ten i kilka innych listów. 

Wyrobić NIN z Polski?

„Mam pytanie. Czy z Polski mogę zadzwonić w sprawie NIN? I czy mam powiedzieć, że jest już w Londynie? Czy jak powiem, że dzwonię z Polski, to umówią mnie na spotkanie? - napisała do nas jedna z użytkowniczek.

Wyjaśniamy, że zatelefonować pod numer infolinii można z Polski, aby umówić się na spotkanie dotyczące przyznania numeru ubezpieczenia. Na takie spotkanie należy jednak stawić się osobiście, zdalnie nie

Portalowi Londynek.net jest miło, że uzytkownicy tak chętnie piszą do redakcji. (Fot. Thinkstock)

można tego dokonać. Więcej szczegółów dotyczących nadania numeru NIN tłumaczymy w naszym dziale „Poradnik Polaka w UK” w artykule tutaj.

Prawo jazdy w Wielkiej Brytanii

Wciąż wielu Polaków na Wyspach gubi się w gąszczu brytyjskich przepisów. Mnóstwo listów do redakcji portalu Londynek.net dotyczy spraw urzędowych, codziennych. Pani Paulina zwróciła się do nas z pytaniem o prawo jazdy w UK.

„Czego potrzebuje, abym mogła otrzymać prawo jazdy po raz pierwszy? Co muszę zrobić? i jakie kroki podjąć? Proszę o pomoc i poradę. Paula”

Proces, formularz i opłaty omawiamy w naszym artykule w dziale "Poradnik Polaka w UK". Poniżej podajemy  link: http://londynek.net/ukipedia/admin/article-preview?jdnews_id=2546488

Miało być tak pięknie

Jest nam niezmiernie miło, że nasi użytkownicy piszą do nas o swoich radościach, problemach, że dzielą się z nami swoimi refleksjami. Bywają też listy niezwykle wzruszające, jak ten od jednego z londyńczyków...

„Droga redakcjo,

Zobaczyłem, dziś wasz wpis na facebookowym profilu i postanowiłem, że przedstawię wam w skrócie moją historię. W skrócie, bo chyba jak każdy emigrant w Zjednoczonym Królestwie mógłbym książkę napisać.

Historia trochę słodko-gorzka.

Przyjechałem do Anglii ze swoją dziewczyną pod koniec 2005 roku. Wtedy jeszcze autokarem, bo taniej, a poza tym torby ważące chyba z 50 kg każda z całym naszym dorobkiem, także wybór oczywisty. Po miesiącu w małej miejscowości w okolicach Derby, przenosimy się do kolejnych znajomych w północnej części kraju. Przenieśliśmy się, bo słabo w małej miejscowości z pracą, poza tym krzywa akcja z koleżanką mojej partnerki (któż tutaj tego nie przechodził), także pakujemy tobołki i wyruszamy na północ.

W tamtych latach podobno pracy było tyle, że można było w ciemno przyjeżdżać. No cóż my chyba mieliśmy pecha, bo trafialiśmy do małych mieścin. No ale OK. Ona zaczyna pracę w pubie. Ja po kilku tygodniach łapię fuchę u znajomego szefa tego pubu. Jakoś leci. Koszty utrzymania w tamtym czasie śmiesznie niskie. Ale czegoś brakuje. Jakichś perspektyw. Czegoś stałego. I tu pojawia się kolejny znajomy, który już po naszym wyjeździe wyjechał do Londynu. Dzwoni do nas i mówi, że może pomóc z pracą, stałą itp itd. Tak więc znowu pakujemy nasze wielkie torby, powiększone o bagaż szkockich doświadczeń i wyruszamy do Londynu. Szkoda było wyjeżdżać, bo tamten region bardzo nam się podobał. Jedziemy znowu autokarem, bo taniej i te cholerne bagaże. Jest bodajże końcówka 2006 roku.

Dojechaliśmy wreszcie w środku nocy na Victorię. Znajomy odbiera nas z dworca i wyruszamy do jego miejscówki Zaczynamy pracę, wynajmujemy mieszkanie. £825 zamiast £240 w Szkocji. Lekki ból, ale jest praca, damy radę. Jest jeszcze z nami mój serdeczny przyjaciel, który dołączył do nas jeszcze w Szkocji. Moja druga połówka zaczyna pracę w pubie, następnie w małym butiku z ciuchami. Ja i mój kompan, zaczynamy pracę w małej przetwórni. Jakoś leci. Jest kasa jest impreza, jak to mówią. Z czasem kupuję auto, mój ziomek również. Pojawia się okazja, by przejąć butik, w którym pracowała moja pani. Także jesteśmy na swoim. Ja kiedy mam czas przywożę towar z hurtowni, pomagam zaopatrywać, remontować itd. Po jakimś czasie pojawia się nawet czas na wakacje. Żyje się fajnie, beztrosko.

Z czasem pojawia się myśl o zaręczynach i ślubie. Jest rok 2008. Właśnie wróciliśmy z wesela siostry mojej partnerki. W mojej głowie od dłuższego czasu kłębiły się myśli o zaręczynach. Jak to zrobić, gdzie? Jak zrobić na niej wrażenie? Jednego byłem pewien. Teraz albo nigdy.

Butikowy interes w dłuższej perspektywie nie wypalił. Moja partnerka z racji, że jest bardzo obrotna szybko znalazła pracę. Tego dnia miała właśnie zacząć swój pierwszy dzień w sieci sklepów z odzieżą. Ja cały dzień pełen ciepłych myśli trzymając kciuki byłem strasznie ciekawy jak jej poszedł pierwszy dzień. Po powrocie z pracy, biorę prysznic. Zaczynam czuć, że coś jest ze mną nie tak. Pytam moich znajomych, którzy z nami mieszkali. Oni twierdzą, że wszystko jest Ok. A ja czuję jakbym się od środka gotował. Współlokatorzy zaskoczeni tym, co się ze mną zaczyna dziać dzwonią po karetkę. W międzyczasie lewa część mojej twarzy zaczyna opadać. Ręka traci moc, paraliż. Urywa mi się film. Tak, właśnie tak – UDAR mózgu. W wieku 25 lat? No way.

Budzę się podobno po kilku godzinach w szpitalu w Londynie. Jest dobrze, bo to ponoć jeden z najlepszych szpitali neurologicznych w całej Anglii. Po dwóch ciężkich miesiącach spędzonych na Intensywnej terapii trafiam na salę ogólną. Dodam, że zazwyczaj pacjenci spędzają tam kilka dni, tygodni. U mnie wciąż komplikacje także jestem tam trochę dłużej. Nie będę opisywał całego mojego pobytu w szpitalu, bo za dużo było tam incydentów i zwariowanych zabiegów by je tu opisywać. W skrócie: robię pod siebie, oddaję mocz nie kontrolując tego. Witajcie pampersy. Wszystko przez uszkodzenie nerwów w obszarze mózgu, który to kontroluje. Generalnie – znaleziono tętniaka mózgu, niestety w nietypowym miejscu uniemożliwiającym bezpieczne jego usunięcie lub wzmocnienie. Dodatkowo wszyta złota blaszka, by dociążyć nie zamykającą się powiekę oraz proteza stawu żuchwowo-skroniowego, wstawiona niedawno bo paraliż spowodował tak silny ścisk szczęki, że staw żuchwowy się starł i zrósł.

Po 7 miesiącach w szpitalu i 3 miesiącach rehabilitacji fundowanej przez NHS, wracam do domu. A tam rehabilitacja z tzw. doskoku czyli raz lub dwa razy w tygodniu. Ja niestety dalej na wózku. Moim głównym celem było wtedy, by móc stanąć na dwie nogi. By zacząć chodzić. Ze względów finansowych decyduję się na rehabilitację w Polsce. A to już całkiem inny poziom. Po kilku miesiącach rehabilitacji wracam do UK już na dwóch nogach. Niestety poruszam się z pomocą czworonogu. Trochę to dołujące, bo czuję się jak stary dziadek, ale tylko dzięki temu jestem w stanie się poruszać i nie tracić równowagi. Spastyczność i brak czucia w lewej części mojego wątłego ciała robią swoje. No i ta opadnięta lewa część twarzy. Ohyda. Wyglądam i czuję się jak Quasimodo. I muszę przyznać, że często sobie z siebie tak żartowałem, że tak wyglądam.

Polacy pisżą do redakcji Londynek.net z każdego zakątka UK. (Fot. Thinkstock)

A wracając do mojego powrotu z kolejnej tury rehabilitacji. Tak więc jestem znowu w domu (choć już sam nie wiem, gdzie on jest). I tu padają te dwa magiczne słowa: „Musimy porozmawiać”. Można się domyśleć, że nie chodziło jej o rozmowę o wspólnej przyszłość. A w sumie to chyba chodziło.

„Nie jestem szczęśliwa”, „nie jesteś już tą samą osobą” itp. itd. To była ta chwila, w której pękło mi serce. Nie z powodu, że chce odejść. Tylko z powodu, że nie mam prawa, aby prosić ją, żeby została. Przecież tyle dla mnie zrobiła, podczas gdy byłem w szpitalu. Praca, do późnych godzin, potem godzina w podróży do szpitala. Potem do domu późnym wieczorem i tak w kółko przez 10 miesięcy. Tylko dzięki niej miałem siły, by walczyć.

A teraz jestem sam, od 5 lat. I czuje , że z każdym dniem tracę siły, aby walczyć, czy nawet poznawać nowych ludzi. Chyba mój wygląd, sposób w jaki mówię i chodzę poważnie zaburza moją pewność siebie i relacje interpersonalne.
3 razy w tygodniu chodzę na siłownię w ośrodku dla starszych osób i niepełnosprawnych i to jest chyba moje jedyne zajęcie.

Moja ex odchodząc , zabierając ostatnie swoje rzeczy powiedziała mi w progu: ‘Myślę, że powinieneś wrócić do Polski’. Ostatnio próbowałem policzyć, ile by mnie to kosztowało. Same lekarstwa około 600 zł na miesiąc. Jednorazowe cewniki też coś koło tego. Nie, dziękuję. Postoję. Znając życie ZUS też by stwierdził, że jestem zdrów jak ryba. Tutaj jednak mam stabilność finansową, wszelkie zabiegi i mieszkanie. Tylko ta samotność.
Próbowałem uczyć się czegoś nowego, aby móc wrócić do jakiegoś zajęcia, ale moje lekarstwa na ból neuropatyczny (lub obwodowy), a raczej ich wysoka dawka powodują zaburzenia krótkotrwałej pamięci i problemy z koncentracją. Także cały czas szukam jakiegoś zajęcia, które mógłbym robić i w którym nie przeszkadzałaby mi moja niepełnosprawność. A co najważniejsze muszę otworzyć się na ludzi, bo po 12 latach na emigracji mam kontakt z 2 Anglikami i kilkoma Polakami. Ale i oni niestety wkrótce wracają do Polski.

Kończąc już mój przydługi referat muszę potwierdzić prawdziwość przysłowia: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. A mi została ich dosłownie garstka.

Jak widać emigracja to nie tylko historie sukcesu i szczęścia. Można utknąć w jednym punkcie i stać się zakładnikiem życia, opieki zdrowotnej względnego dobrobytu w obcym kraju. I tylko te strzępy wspomnień z czasów, gdy byłem najszczęśliwszym facetem pod słońcem trzymają mnie przy życiu, gdy wokół tylko marazm i marazm. A miało być tak pięknie.

Samotność jest najbardziej uciążliwym stanem, jaki możemy przeżywać na emigracji. Przeżywanie samotności to naprawdę bardzo trudne doświadczenie.

Na pokonanie tego stanu nie ma jednoznacznej recepty. Przełamać go można tylko w jeden sposób - trzeba się wysilić. Nikt nie będzie wiedział, że ktoś samotnie spędza wieczory w domu. Ludzi i znajomych trzeba znaleźć; to duży wysiłek, ale bez niego nic nowego w życiu się nie wydarzy. Warto pomyśleć o nowym hobby, spacerach w innym niż zazwyczaj parku, lokalnych kołach zainteresowań. Polskie ośrodki w Londynie tętnią życiem. Tu też przychodzi wielu samotnych rodaków. W barze czy w kawiarni zawsze znajdzie się ktoś, z kim można porozmawiać.

Warto zwrócić uwagę na sąsiadów, uśmiechać się do nich, pozdrowić. Z czasem można poprosić o pożyczenie przysłowiowej szklanki cukru. Ci, którzy przechodzili przez stan samotności twierdzą, że zaczęli być mili dla innych, ludzie zapamiętywali ich, z czasem wywiązywały się bliższe relacje.

Polacy, którzy chcą porozmawiać, wymienić poglądami robią to nawet w polskich sklepach. Możliwości jest wiele. Ogłoszenie na portalu też nie zaszkodzi - na forach, stronach ludzie szukają znajomych na wycieczki, spacery, spotkania w kawiarniach. W wielkiej Brytanii mieszka około miliona Polaków, z których wielu też szuka znajomych.

Atak w Calais

„W poniedziałek, tj. 19.06.2017, wraz z narzeczonym wracaliśmy z dwutygodniowego pobytu w Polsce. Około godziny 3:30 w poniedziałek na autostradzie A16, mniej więcej 7 km przed zjazdem do portu w Calais, zostaliśmy napadnięci przez imigrantów. Przed nami były dwa tiry, obok nas również był jeden, za nami sznur samochodów osobowych i tirów. Samochody ciężarowe znajdujące się przed nami zaczęły ostro hamować i w końcu się zatrzymały, my również. Myśleliśmy, że to potrwa tylko kilka minut, że na pewno jest na miejscu policja i nie mamy się czego obawiać.

Na początku zauważyliśmy około 10 mężczyzn, którzy zaczęli pukać w nasze szyby, próbowali otworzyć drzwi, które na szczęście mieliśmy zablokowane, gdy zobaczyli, że nie da się otworzyć drzwi od samochodu, jeden z nich pokazał pistolet mojemu narzeczonemu, który w tym czasie prowadził samochód. Mężczyzna ruchami pistoletu pokazał nam, że mamy otworzyć drzwi, był wściekły. Byliśmy w szoku, ogromny strach o własne życie.

Narzeczony zaczął trąbić i ruszać samochodem i wtedy okazało się, ze nie jest ich dziesięciu tylko stu albo i więcej. Jechaliśmy do przodu trąbiąc, ci ludzie nie zwracali nawet uwagi na to, że jedziemy. Usiłowali nas zatrzymać za wszelka cenę. Jeden z nich rzucił nam się na maskę samochodu, zwolniliśmy, a kiedy ten wstał, przyspieszyliśmy. Udało nam się ich ominąć i wtedy napotkaliśmy barykadę rozłożona na dwóch pasach w postaci płonącego drzewa. Widzieliśmy w lusterkach, że biegną za nami. Nie mieliśmy innego wyjścia, ci ludzie byli naprawdę agresywni, musieliśmy przejechać przez płonąca barykadę uszkadzając tym samochód. Robiliśmy to w obronie własnego życia. Na miejscu nie było ani jednego patrolu policji.

Od razu po zdarzeniu, o godzinie 3:37 zadzwoniłam do francuskiej policji, pod numer 17. Dyspozytorka stwierdziła, ze nie jest w stanie mi pomoc. Dojechaliśmy do portu w Calais, z którego mieliśmy płynąc do Wielkiej Brytanii. Dopiero tam, na miejscu wysiedliśmy z samochodu, tam poczuliśmy się trochę bezpieczniej. Ja cały czas płakałam, oboje cali się trzęśliśmy i nie byliśmy w stanie racjonalnie myśleć ani składać poprawnych zdań. Mówiliśmy w chaotycznie. W porcie strona francuska w ogóle nie chciała nam pomoc, kazali nam wracać do Anglii i tam rozmawiać z policją. Po rozmowie z polską ambasadą w Paryżu pojechaliśmy na posterunek policji w Calais.

Podczas ataku ze strony nielegalnych imigrantów, zostaliśmy poturbowani. Po 36 godzinach jazdy w końcu dotarliśmy do naszego domu w Anglii. Poszliśmy do lekarza rodzinnego, który stwierdził nasza niezdolność do pracy z powodu stresu o własne życie jak i szoku. Zadzwoniliśmy do naszej ubezpieczalni (Churchill car insurance), która po opisie sytuacji, oświadczyła nam, że nie może pokryć kosztow naprawy samochodu ponieważ sprawca jest nieznany, kazali kontaktować się ze stroną francuską. Pracownik polskiej ambasady w Paryzu, do którego dzwoniłam kolejny raz, już z Anglii, polecił kierować się do prawnika, który poda do sądu lub wystosuje list do osoby odpowiedzialnej za zapewnienie bezpieczeństwa na tej trasie.

Samochód, który naprawę wstępnie oszacowaliśmy na ok 2 000 funtów. Wygłuszenie i obudowa zabezpieczająca spód samochodu są całkowicie zdarte, problem z zawieszeniem. Czekamy na spotkanie z mechanikiem, który powie nam, co dokładnie jest uszkodzone i jaki będzie całkowity koszt naprawy. Żaden prawnik nie chce podjąć się tej sprawy, każdy mówi nam, że sprawa jest niesamowicie trudna, ponieważ nie wiadomo, kto ma odpowiedzieć za brak zapewnienia bezpieczeństwa, a sprawców jest ponad 100 osób, które nie zostały zatrzymane. Nikt nam nie chce pomóc. Jest jakieś wyjście z tej sytuacji?”.

Sytuacja rzeczywiście jest niezwykle trudna, ale możemy poradzić jedynie wybór prawnika i prowadzenie przez niego sprawy. Bez specjalistycznej pomocy dochodzenie praw może być udręką.

Atak należy też zgłosić we wszystkich możliwych instytucjach. Niemal w każdej dzielnicy, w każdym brytyjskich mieście znajdują się prawnicy pracujący bez wynagrodzenia. Pomoc taką prowadzi np. Citizen Advice Bureau. Kontakt i zakres działalności podajemy w artykule tutaj.

W Calais, na północy Francji, w październiku ub.r. zlikwidowano dzikie obozowiska nazywane "dżunglą". Przebywało tam ok. 7 tysięcy migrantów, głównie z Afganistanu, Sudanu czy Erytrei, oczekujących na możliwość przedostania się do Wielkiej Brytanii przez kanał La Manche.

Kontakt z Londynkiem

To naprawdę niezwykłe, że Polacy dzielą się z nami także radosnymi wydarzeniami. Tym bardziej jest nam miło przypomnieć, że spośród użytkowników portalu Londynek.net, nadsyłających do nas listy pod adres mailowy listy@londynek lub redakcja@londynek.net (z dopiskiem „Listy do Redakcji”), wylosujemy zwycięzców mnagrody finansowej w wysokości 20 funtów.

*Regulamin przyznawania nagród finansowych za najciekawsze listy do Redakcji:

1. Każdego miesiąca spośród nadesłanych do portalu Londynek.net listów kapituła złożona z trzech pracowników portalu wybierze 2 najciekawsze listy od użytkowników portalu.

2. Przesłanie listu do Redakcji jest równoznaczne ze zgodą na jego publikację - chyba że Autor listu zastrzeże sobie anonimowość oraz nie zgodzi się na publikację. Wówczas takie listy nie będą brane przez Redakcję pod uwagę jako te, spośród których wybierany jest zwycięzca.

3. Autorzy wybranych listów zostaną poinformowani o nagrodzie drogą mailową i zostaną poproszeni o podanie numeru swojego konta bankowego. 

4. Nazwiska zwycięzców pojawią się również na stronie Londynek.net, pod opublikowanym listem.

5. Nagroda w wysokości 20 funtów zostanie przelana na numer konta zwycięzcy.

Ludzie piszą listy do Londynka, a redakcja je nagradza. (Fot. Thinkstock)

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 6 / 5

Komentarze


  • Peters
    1 lipca, 09:34

    Pierwsza historia bardzo prawdziwa I zyciowa. Milosc jest jak..... przychodzi z nienacka. Zycie jest ciezkie. Wspolczuje wszystkim którzy przez to przechodza. Nie powtarzam juz cytowanego tutaj przyslowia. Druga natomiast pokazuje jaka w rzevzywistosci jest Francja. Dziki kraj.... chyba trzeba samemu zadbac o ochrone. Bo na kogo mozna liczyc skoro napady zdarzaja sie spontanicznie ?

  • ...
    2 lipca, 06:59

    Naprawde wspolczuje temu choremu panu zastanawia mnie jednak mimo wszystko fakt, ze skoro pan nie pracuje to jak jest w stanie żyć w Londynie? O którym tyle się słyszy jaki jest drogi. Państwo pokrywa wszelkie koszty (wynajem, rachunki, wyzywienie, lekarstwa, ubrania)? Jakos ciężko w to uwierzyć. Nie żebym był wścibski, ale wiemy wszyscy jak życie wyglada. Życzę temu panu powrotu do zdrowia i dużo sił. Będzie dobrze.

  • Czytelnik
    3 lipca, 20:19

    Dobrze już nie bedzie
    Dobrze już było

  • Nira Shalom
    8 sierpnia, 00:56

    Witam, jestem NIRA SHALOM, jestem tutaj, aby rozpowszechniać tę dobrą nowinę dla całego świata, w jaki sposób dostałem moją ex-miłość z powrotem. Kiedyś spotkałem się z przyjacielem, który wprowadził mnie do Baba Wale da Wiseman, Wielkiego Wysłannika, opowiedziałem mój problem Baba Wale o tym, jak moja ex-miłość zostawiła mnie i mnie Również jak bardzo potrzebowałem pracy w bardzo dużej firmie. Mówił mi tylko, że trafiłem we właściwe miejsce, gdzie będę potrzebować mojego serca bez żadnego efektu. Powiedział mi, co muszę zrobić, po tym jak zostało to zrobione, W ciągu najbliższych 2 dni Moja m

Dodaj komentarz


Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 19.09.2017
GBP 4.828 złEUR 4.293 złUSD 3.582 złCHF 3.726 zł

Sport


Reklama