Menu

"Już prawie jestem Tajką" - o swoim życiu na Koh Chang opowiada Aga Falkiewicz

Na Koh Chang, dostaje się takiego zdrowego luzu. (Fot. Magdalena Jeż)
Agnieszka Falkiewicz, obecnie jedyna mieszkająca na stałe na Koh Chang Polka, opowiada nam o życiu w tajskiej społeczności. Jak się tam odnalazła? Jakie rzeczy były dla niej zupełnie nowe? Jakie zjawiska, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, zaskoczyły ją najbardziej? Zapraszam na 2. część wywiadu!
Reklama

Agnieszka, jacy są Tajowie? Czy łatwo było ci się odnaleźć w tajskiej społeczności?

– Chciałabym opowiedzieć tu o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o tajskim luzie. Byłam ostatnio u mojego znajomego fryzjera w Warszawie, Tomka. Siadam na fotel, a Tomek z przerażeniem w głosie pyta mnie: „Ty, słuchaj. Co ty masz we włosach?!”. Ja, kompletnie nie rozumiejąc, pytam „Co?”. „Ty, no co to jest?” – dopytuje. „No, gumkę mam” – odpowiadam. A on na to: „Aga, ale jaką! Ty jesteś blondynką! Jak ty możesz nosić niebieską gumkę?!”. I wtedy sobie pomyślałam: „Oho, chyba już chcę wrócić do domu na Koh Chang…”.

Wprawdzie to była zabawna sytuacja, ale prawdą jest, że tutaj, na Koh Chang, dostaje się takiego zdrowego luzu. Ten luz to jest takie jakby nie dowalanie sobie stresu, o ile nie musisz go sobie zafundować. I o ile wiesz, że wszyscy ludzie sobie w ten sposób sobie funkcjonują, to życie jest łatwiejsze. Podam Ci przykład: Jesteś w pięciogwiazdkowym hotelu, chcesz się napić jakiegoś napoju. A tu pan ci mówi, że nie ma lodu – bo ten gość co miał z lodem przyjechać chyba zaspał, ale właściwie nie za bardzo wiadomo, co się z nim stało. I teraz tak: albo możesz zrobić z tego aferę – to wogóle nie będą rozumieli, o co ci właściwie chodzi, bo przecież każdy może zaspać, a ten lód w końcu przecież dojedzie – albo wyluzować i po prostu zamówić sobie coś innego.

Szybko poczułaś się na Koh Chang jak w domu?

– Koh Chang nie jest jeszcze całkiem turystyczną wyspą. Nie można jej porównywać np. do Pukhet czy Koh Samui. Tutejsi Tajowie się uśmiechają, a ty nie masz wrażenia, że jest to uśmiech czysto biznesowy, tylko rzeczywiście przyjacielski. Ja się poczułam tutaj jak w domu dosłownie po paru tygodniach. Już po kilku tygodniach miałam sytuację, że ledwo wchodziłam do sklepu, a sprzedawczyni już chwytała dokładnie to, co wiedziała, że potrzebuję – gdzie w Polsce przeprowadzając się z jednego miejsca do drugiego, czasami wogóle takiego stanu nie osiągnęłam. A w Tajlandii, 8 tys km dalej, nagle jestem swoja po wcale niedługim czasie.

Mamy więc tajski luz. A ta druga rzecz?

– Druga sprawa również dotyczy spraw międzyludzkich: ludzie tutaj się nie oceniają. W zeszlym roku vis-à-vis Yummy znajdował sie klub prowadzony przez ladyboy’ów. Jeden bardzo już taki leciwy, jeden może jeszcze nie leciwy, ale już w słusznym wieku. Szczególnie ten starszy fantastycznie wcielał się w swoją rolę, gdy wychodził na ulicę z tymi swoimi piórami, z biustem – tak jak on przesyłał całusy, to żaden mężczyzna mi nie przesyłał! I to jest niesamowite tutaj, że ja tego ladyboy’a, widzę następnego dnia, jak on bardzo cieżko pracuje normalnie przy domu.

To też zmienia pogląd, na prostytucję w Tajlandii i na wiele innych, takich też nie do końca jednoznacznych moralnie rzeczy, które tu są, bo owszem, i ladyboy’e i prostytutki – to wszystko bardzo mocno tu istnieje. Ale to jest tutaj sposób, często jedyny sposób, na utrzymanie rodziców, domu. Tutaj nie ma emerytur i jest normalne, że dzieci zajmą się rodzicami. Te prostytutki i ladyboy’e wstają bardzo wcześnie rano i pracują, żeby potem znowu pójść do kolejnej, bardzo w sumie ciężkiej pracy. Jak wiesz, że to jest po całym dniu ciężkiej pracy, to wiesz, że ta cała kreacja musi kosztować tego człowieka o wiele więcej.

Tak więc w zeszłym roku mieliśmy ladyboy’ów, a w tym roku są prostytutki, dziewczyny z którymi również się przyjaźnię. Znam wszystkie, żegnamy się, witamy i żyjemy w bardzo dużej przyjaźni, co myślę, też pokazuje to, jak żyją Tajowie: Tajowie nie pakują się innym ludziom w życie. Po prostu oni mają swoje życie, swoje prace, swoje rodziny. Tutaj ludzie nie oceniają. Nie dają ci odczuć, że oceniają. Nie ma tej ciągłe presji, że coś musisz zrobić, albo coś tobie nie wolno zrobić. Tutaj jest ważne, żeby się szanować nawzajem i żeby sobie krzywdy nie zrobić, ale też nic więcej.

Z ekipą Yummy Fusion Kitchen! (Fot. yummyfusion instagram)

W jakim miejscu teraz mieszkasz?

– Mieszkam w Klong Prao, w fajnym domu przy rzeczce, takim typowo tajskim. Mam pięć psów i dwa koty. Dwa psy mam adoptowane jako szczeniaki, trzy psy mam przygarnięte z ulicy, mam jednego kota z Polski, jednego kota adoptowanego z białaczką i ogólnie jest fajnie.

O! Przeżyłam tu już porę deszczową i muszę powiedzieć, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Gdy w Polsce pada deszcz, taki że wiesz, że za trzy minuty się skończy – bo tak wielkie krople lecą – to tu pada taki sam deszcz. Tyle, że trwa to nie trzy minuty, a pięć dni. Bez przerwy. Tak własnie wygląda monsun.

Cudne jest to, że życie wygląda wtedy tak samo. Wszystkie kramiki otwierają się o tej samej godzinie, dzieci tak samo jadą do szkoły. Jakby nie patrzeć, to spora część roku, życie nie może być więc inne.

Tylko pranie nie wyschnie i trzeba korzystać z serwisu. Miałam też z tym trochę problemów, bo też w tej porze deszczowej mieszkałam już w tajskim domu. I tak jak ten dom uwielbiam, tak ma on źle rozwiązaną kwestię wietrzenia i jak się okazało, wszystkie czyste rzeczy, teoretycznie czyste, śmierdzą wilgocią.

Odnośnie wilgoci: pewnego razu pomyślałam sobie, że w szafie, tak jak w szafie każdej dobrze ubranej Tajki, dobrze byłoby mieć pełne, eleganckie buty. I kupiłam sobie wtedy, na wyprzedaży, zamszowe, jasnobeżowe buty Michaela Korsa. Wstawiłam do szafy aby mieć na lepsze okazje. Czyli oczywiście, nie miałam ich na nogach ani razu. Nie dość, że mi zgniły w tej szafie, nie dość, że mój jasny beż zrobił się zielony, mało tego! Okazało się, że centralnie na brzeżek z haftem, wielki gekon zrobił na nie ogromną kupę, która zastygła jak kamień.

Nawet w raju musi czasem popadać (Fot. Magdalena Jeż)

Odkryłaś w sobie coś z Tajki?

–  Moja droga, ja już niemal jestem Tajką! Po pierwsze wychodzi, że kocham pieniądze, po drugie nie chcę mieć za męża Taja – dokładnie tak jak Tajki. Już mam taki tajski styl ubierania się, wiem na przykład, że futerko jest trendy – i wszystkie tajskie przyjaciółki zazdroszczą mi mojego futrzanego plecaczka. Weszłyśmy na temat ubrań i cóż, muszę wspomnieć, że jeśli chodzi o bieliznę to jest to dla mnie dramat, gdyż nie mogę dostać tutaj bielizny w swoim rozmiarze, muszę mieć z Polski. Tak samo jak obuwie, ponieważ rozmiar 42,5 jest tutaj dla kobiety absolutnie nieosiągalny! Notorycznie marznę – tak jak Tajki. Chodzę w długich spodniach, mam w domu swetry, a nawet wełnianą czapkę. Chciałam kupić puchówkę, którą zobaczyłam na przecenie w Bangkoku, taką złotą – idealny kolor na Koh Chang, wszystkie koleżanki by mi zazdrościły – ale niestety rozmiar był za mały…

Puchówkę? To jakie są tutejsze najniższe temperatury?

– Było osiem stopni, w nocy, jakiś miesiąc temu. To była akurat jakaś anomalia pogoda, takie rzeczy rzadko się zdarzają. Od razu powiem, że mi jest zimno, przy powiedzmy, dwudziestu stopniach. A gdy jadę skuterem w nocy to już dwadzieścia cztery jest dla mnie temperaturą na długi rękaw, sweter i rękawiczki. Termostat mam już zdecydowanie tajski.

Ponad to, tak jak Tajowie, uwielbiam się targować z uśmiechem na twarzy. Uwielbiam się kłócić z uśmiechem na twarzy –  już czasem widać że pioruny lecą, ale ty dalej się uśmiechasz, myślisz sobie w duchu „oczywiście, że cię nienawidzę” ale dalej się uśmiechasz. Tajowie uważają, że o ile podniesiesz głos albo o ile pokażesz zdenerwowanie, już przegrałeś. Bo znaczy to, że jesteś słaby. W sumie jest to logiczne.

Kolejna rzecz, znów wychodzi na to, że jestem Tajką: to jest dla mnie przerażające, jak ja się tu cudownie odnalazłam w roli kierowcy. To jest po prostu moje miejsce i i ja wiem, że już Tajką byłam wcześniej, bo ja już po Polsce jeździłam po tajsku – i wtedy kierowcom usta się układały w takie ku…  Przyjechałam do Tajlandii i momentalnie załapałam tutejszy ruch. Jeździć po tajsku to znaczy po prostu cały czas po chamsku, w najobleśniejszy sposób, zajeżdżać sobie drogę. Tylko bajer polega na tym, że ten, któremu ta droga jest zajeżdżana, po prostu delikatnie przyhamowuje. I to jest magiczne zaklęcie na cały ruch w Tajlandii! Wszystko po prostu płynie i nikt nikogo nie musi wyzywać. Każdy kuma, że najważniejsza jest płynność w ruchu, żeby się po prostu nie zatrzymywać, startować, zatrzymywać, startować. Uwielbiam jeździć po Bangkoku, najlepiej pick-upem. Cały czas jazda to dla mnie dobra zabawa!

Na mój skuter, jeśli robię dostawę, jestem w stanie załadować wszystko. Łącznie ze zgrzewką jajek, z piwem i coca-colą. Jestem w stanie tak wszystko załadować, że pod Makro ludzie często podchodzą do mnie wyrażając zdziwienie, że jestem w stanie jechać. Mało tego, nie pozwalam sobie pomagać, bo mam już swój własny, wielokrotnie przetestowany system. Wiem na przykład, gdzie mają się znaleźć krewetki, żeby mi nie ściekały po nodze. I byłabym już taką prawdziwą Tajką, gdybym do zakupów miała jeszcze na skuterze trójkę dzieci i kurę.

Na swój skuter Aga jest w stanie zabrać niemal wszystko! (Fot. Facebook Page Agnieszki Falkiewicz)

Co najbardziej zaskoczyło Cię w takim tutejszym codziennym życiu?

– Chyba najbardziej zaskakujaca była dla mnie sprawa podejścia do trzeciej płci. Zaskoczyło mnie, po realiach polskich, że jest trzecia płeć – i że ona tutaj po prostu jest. Nic więcej. Ma ona tutaj wiele „odcieni”. Niektórzy mężczyźni czuja się kobietami, przebierają się i zachowują jak kobiety, niektórym wystarczy tylko makijaż, niektórzy mężczyźni malują się, bo po prostu mają taką ochotę. Widziałam już taki luz, co prawda nie w Warszawie i nie w Polsce, ale w Berlinie czy innych zachodnich miastach, że nie zwraca się uwagi na inność; natomiast tutaj to jest totalny kosmos, nieprawdopodobna jest tutaj akceptacja tych ludzi. Oni po prostu tu są i koniec, nikomu nic do tego.

Kolejna rzecz. Jeśli poszłabym do sklepu, wzięła torebkę chipsów, wsadziła do swojej torebki i wyszła, to sprzedawczyni najprawdopodobniej wybiegłaby za mną i powiedziała "Słuchaj, pomyliłaś się, bo wzięłaś chipsy a zapomniałaś za nie zapłacić”. Tajowie nie podejrzewają cię na pierwszym miejscu o złe intencje. Zdarzyło mi się, że sprzedawca nie miał jak mi wydać reszty z zakupów i zostawił mnie samą w sklepie – z wysuniętą szufladą pełną grubych pieniędzy, a sam gdzieś poszedł rozmienić resztę dla mnie. Mój dom jest cały czas otwarty. Mało tego, drzwi są cały czas uchylone, bo koty muszą wychodzić.

Ciekawą rzeczą jest też, że tutaj osobie która straci kogoś bliskiego, jest w żałobie, daje się pieniądze w kopercie. Nie przynosi się żadnych kwiatów, wieńców i tym podobnych – po prostu przynosi się najbardziej logiczną rzecz, która w takim momencie jest potrzebna, czyli pieniądze w kopercie. Zdziwiło mnie to bardzo pozytywnie i zastanowiło, dlaczego my, Europejczycy, nie zdażyliśmy na to wpaść. Tym bardziej, że my czesto narzekamy na Tajów, że są oni tacy niegramotni, bez pomyślunku – natomiast często wychodzi, że my też tacy jesteśmy.

Są z pewnością też rzeczy, które cię zaskoczyły negatywnie…

–  Boli mnie strasznie, że jest tutaj, na Koh Chang, duży problem ze śmieciami. Po pierwsze jesteśmy na wyspie, po drugie jest tutaj bardzo niska świadomość ekologii. Czuję swoją misję w tym aby, mieszkańcy Koh Chang nauczyli się w końcu zgniatać butelki – ale z jakichś powodów nie może to przejść, dlatego więc widzę codziennie wielkie samochody napchane pełnymi powietrza butelkami. Niestety tutaj nie tylko nie zgniata się butelek, ale w ogóle nie sortuje śmieci.

Kolejna rzecz, wyrzuca się tu bardzo dużo jedzenia! Bardzo dużo jedzenia się też marnuje. Po części wynika to z klimatu. Najtragiczniejsze, do tej pory chce mi się płakać, to było po naszej pierwszej wigilii, gdzie mieliśmy pierogi z mięsem i kapustą, gdzie znajomi wegetarianie narobili pełno bardzo fajnych wegetariańskich rzeczy. Spotkaliśmy się następnego dnia, na śniadanie świateczne i okazało się, że nie ma nic, że wszystko poszło do śmieci. To była oczywiście nasza wina, powinniśmy powiedzieć, że to ma zostać. O ile jedzenie stało przez ileś godzin w temperaturze na zewnątrz, dla Tajów jest całkowicie do wyrzucenia.

Moja ekipa była bardzo zaskoczona gdy poprosilam Gao, kucharkę, aby gdy ma np. przygotowane zgrillowane warzywa na pizzę i ich w danym dniu nie wykorzysta, pakowała je dla mnie. O ile dla niej nie będzie to już do użycia na następny dzień, bo następnego dnia chce zrobić dla klientów świeże – to ja sobie mogę je zjeść np. z oliwą. Pokazałam im też, że niektóre rzeczy biorę dla bezdomnych psów. Takie małe zmiany, zawsze robią dużą różnicę. Cieszę się, że możemy się nawzajem od siebie uczyć!

Dziękuję Agnieszce za podzielenie się swoją historią i zapraszam do odwiedzenia fanpage prowadzonej przez nią restauracji – Yummy Fusion Kitchen!

www.upandhere.rocks – czyli Polka w podróży solo po Azji Południowo-Wschodniej. Opisy, zdjęcia, przydatne informacje, ciekawostki. Zapraszamy na bloga.

Twoja ocena:

Już zagłosowałeś!

Aktualna ocena: 4.71 / 14

Komentarze


  • Michal
    10 marca, 09:50

    Mam wrazenie ze Polacy wszedzie moga byc szczesliwi tylko nie u siebie.

  • Czytelnik anonimowy
    10 marca, 13:32

    Polska to jednak CYWILIZACJA bez tlumaczenia.

  • Anty
    11 marca, 23:12

    Jak mozna czuc sie dobrze w otoczeniu prostytuek smrodu I biedy. Tragedia. .lnawet na0wakacje bym tam Nie pojechala. Kolega mowil ze beznadzieja bo te prostytutki same sie kleja. To nieprzyjemny

Dodaj komentarz


Reklama
Reklama

Waluty


Kurs NBP z dnia 24.05.2018
GBP 4.906 złEUR 4.295 złUSD 3.659 złCHF 3.689 zł

Sport


Reklama